Kilogramami pochłaniam orzeszki w pikantnej, chrupiącej panierce zerkając co chwilę na portale informacyjne, czytając co dzieje się na świecie. No właśnie...
Tendencyjność informacji, które do nas trafiają, manipulacja faktami, ułomność ludzkiej, reporterskiej wiarygodności - to wszystko poraża. Przez ile ludzkich mózgów przechodzi informacja, zanim trafi na główną stronę jakiegoś informacyjnego portalu? Jak wiele razy jest ona zmieniana, dostosowywana do tego, co ludzie chcą przeczytać? Niezliczoną ilość razy... Skąd możemy mieć pewność, że faktycznie stało się to, o czym napisali? Że miało taki przebieg? Że dotyczy akurat tych ludzi?
Wierzymy w to, bo nie mamy wyjścia, bo nasz rozum potrzebuje tych informacji, bo na to właśnie czekamy. Ale co z tego? Czytasz, że tragedia w Norwegii, podają liczbę ofiar, coraz więcej szczegółów. I co? Poznajesz kolejny fakt, ale w jakim celu? Żeby nie być do tyłu? Żeby podczas wypadu na piwo móc zabłysnąć znajomością tematu?
A z drugiej strony co masz zrobić? Przecież nie masz jak pomóc... Nie wesprzesz finansowo, bo Cię nie stać, nie pojedziesz tam pomagać, bo nie masz kwalifikacji. No właśnie... Ale informacja dotarła. Chwilowy smutek, moment zamyślenia. I po sprawie. I będzie tak już zawsze. Cokolwiek się dzieje, a nie dotyczy nas bezpośrednio, nie wywołuje u nas większych emocji.
Dlaczego? Bo tacy już jesteśmy. Nie bawimy się w analizy, nie próbujemy tego ogarnąć umysłem, rozłożyć na pojedyncze czynniki. Po prostu czytamy, wiemy, zapominamy.
Ale nikt nie wyobraża sobie braku tych informacji, życia w nieświadomości. I to jest właśnie największy bezsens. Tak samo jak bezsensem jest to, że większą dla świata tragedią była wczorajsza śmierć Amy, niż tragedia w Norwegii, czy kilkanaście dni temu w Rosji...
Idąc dalej jak wiele złych rzeczy dzieje się dookoła nas? Jak wielu rzeczom możemy zapobiec? Na jak wiele wydarzeń mamy bezpośredni wpływ? Dlaczego tak mało dzieje się wokół tragedii spowodowanych przez pijanych kierowców? Wyrodnych rodziców? Ludzką głupotę? Biedę?
To jest właśnie przewaga wydarzeń za granicą. Świadomość, że nie możemy nic zrobić... To nas uwalnia, usprawiedliwia. A na bliższe kłopoty mamy jedno uniwersalne lekarstwo, które w zasadzie zawsze działa - odwrócenie głowy.
Zatrważające jest to jak wiele złego dzieje się pod naszym nosem. Jak często możemy coś zrobić, pomóc, zapobiec, pokazać, że nie jesteśmy obojętni. Ale tego nie robimy. Bo to nas nie dotyczy. A co gdyby dotyczyło? Co gdybyś top właśnie Ty potrzebował/a pomocy? Wtedy człowiek liczyłby na pomoc ludzi dookoła, wręcz się jej domagał. I miał żal do całego świata, że nie może na nikogo liczyć.
Dlatego warto poznać znaczenie słowa empatia i starać się je wplatać w nasze życie.
Pomagajmy sobie nawzajem, szczególnie niematerialnie. Oddajmy krew, podpiszmy zgodę na przeszczep organów po śmierci, zgłośmy się do bazy dawców szpiku, podejdźmy do leżącego na ziemi człowieka, zapukajmy do samotnej sąsiadki, nie wymagajmy od kierowcy, żeby wyrzucił z autobusu bezdomnego, który "niemiło" pachnie, nie przechodźmy obojętnie obok ludzkiej krzywdy.
Ważny jest ten pierwszy krok. Zapewniam, że jeśli w trudnej sytuacji ktoś zareaguje pierwszy, to późni9ej znajdą się kolejni skorzy do pomocy, nie zostaniesz sam/a...
tymi małymi gestami, które nas nic nie kosztują, możemy sprawić, że ktoś się uśmiechnie... A to powinna być dla nas najlepsza "zapłata"...
Chciałem pisać o czymś całkiem innym, ale tak jakoś poleciało... Jutro wielki dzień - ręka wyskakuje z gipsu i można wrócić do najważniejszych momentów dnia - codziennego biegania. Buciki czekają, strój już sam wychodzi z szafy... Ciekaw jestem swojej formy po sześciotygodniowej przerwie...
Uważajcie na siebie i bądźcie dla siebie życzliwi, bo kurwa warto :D
I łapcie kawałek Ryśka. Niech i Wam zabrzmi w uszach ich muzyka, a w sercu otworzy się furtka wypuszczając na świat nieskończoną liczbę uśmiechów i dobroci... ;)
Tendencyjność informacji, które do nas trafiają, manipulacja faktami, ułomność ludzkiej, reporterskiej wiarygodności - to wszystko poraża. Przez ile ludzkich mózgów przechodzi informacja, zanim trafi na główną stronę jakiegoś informacyjnego portalu? Jak wiele razy jest ona zmieniana, dostosowywana do tego, co ludzie chcą przeczytać? Niezliczoną ilość razy... Skąd możemy mieć pewność, że faktycznie stało się to, o czym napisali? Że miało taki przebieg? Że dotyczy akurat tych ludzi?
Wierzymy w to, bo nie mamy wyjścia, bo nasz rozum potrzebuje tych informacji, bo na to właśnie czekamy. Ale co z tego? Czytasz, że tragedia w Norwegii, podają liczbę ofiar, coraz więcej szczegółów. I co? Poznajesz kolejny fakt, ale w jakim celu? Żeby nie być do tyłu? Żeby podczas wypadu na piwo móc zabłysnąć znajomością tematu?
A z drugiej strony co masz zrobić? Przecież nie masz jak pomóc... Nie wesprzesz finansowo, bo Cię nie stać, nie pojedziesz tam pomagać, bo nie masz kwalifikacji. No właśnie... Ale informacja dotarła. Chwilowy smutek, moment zamyślenia. I po sprawie. I będzie tak już zawsze. Cokolwiek się dzieje, a nie dotyczy nas bezpośrednio, nie wywołuje u nas większych emocji.
Dlaczego? Bo tacy już jesteśmy. Nie bawimy się w analizy, nie próbujemy tego ogarnąć umysłem, rozłożyć na pojedyncze czynniki. Po prostu czytamy, wiemy, zapominamy.
Ale nikt nie wyobraża sobie braku tych informacji, życia w nieświadomości. I to jest właśnie największy bezsens. Tak samo jak bezsensem jest to, że większą dla świata tragedią była wczorajsza śmierć Amy, niż tragedia w Norwegii, czy kilkanaście dni temu w Rosji...
Idąc dalej jak wiele złych rzeczy dzieje się dookoła nas? Jak wielu rzeczom możemy zapobiec? Na jak wiele wydarzeń mamy bezpośredni wpływ? Dlaczego tak mało dzieje się wokół tragedii spowodowanych przez pijanych kierowców? Wyrodnych rodziców? Ludzką głupotę? Biedę?
To jest właśnie przewaga wydarzeń za granicą. Świadomość, że nie możemy nic zrobić... To nas uwalnia, usprawiedliwia. A na bliższe kłopoty mamy jedno uniwersalne lekarstwo, które w zasadzie zawsze działa - odwrócenie głowy.
Zatrważające jest to jak wiele złego dzieje się pod naszym nosem. Jak często możemy coś zrobić, pomóc, zapobiec, pokazać, że nie jesteśmy obojętni. Ale tego nie robimy. Bo to nas nie dotyczy. A co gdyby dotyczyło? Co gdybyś top właśnie Ty potrzebował/a pomocy? Wtedy człowiek liczyłby na pomoc ludzi dookoła, wręcz się jej domagał. I miał żal do całego świata, że nie może na nikogo liczyć.
Dlatego warto poznać znaczenie słowa empatia i starać się je wplatać w nasze życie.
Pomagajmy sobie nawzajem, szczególnie niematerialnie. Oddajmy krew, podpiszmy zgodę na przeszczep organów po śmierci, zgłośmy się do bazy dawców szpiku, podejdźmy do leżącego na ziemi człowieka, zapukajmy do samotnej sąsiadki, nie wymagajmy od kierowcy, żeby wyrzucił z autobusu bezdomnego, który "niemiło" pachnie, nie przechodźmy obojętnie obok ludzkiej krzywdy.
Ważny jest ten pierwszy krok. Zapewniam, że jeśli w trudnej sytuacji ktoś zareaguje pierwszy, to późni9ej znajdą się kolejni skorzy do pomocy, nie zostaniesz sam/a...
tymi małymi gestami, które nas nic nie kosztują, możemy sprawić, że ktoś się uśmiechnie... A to powinna być dla nas najlepsza "zapłata"...
Chciałem pisać o czymś całkiem innym, ale tak jakoś poleciało... Jutro wielki dzień - ręka wyskakuje z gipsu i można wrócić do najważniejszych momentów dnia - codziennego biegania. Buciki czekają, strój już sam wychodzi z szafy... Ciekaw jestem swojej formy po sześciotygodniowej przerwie...
Uważajcie na siebie i bądźcie dla siebie życzliwi, bo kurwa warto :D
I łapcie kawałek Ryśka. Niech i Wam zabrzmi w uszach ich muzyka, a w sercu otworzy się furtka wypuszczając na świat nieskończoną liczbę uśmiechów i dobroci... ;)
Tagi:
helping
24.07.2011 o godz. 19:31
komentuj (0)
Realizacja swoich planów, marzeń, dziecięcych snów. Niektóre są na prawdę wykonalne, na niektóre już za późno, spełnienie jeszcze innych ograniczają nam finanse, ludzie lub własna świadomość. No właśnie...
Chłopięce marzenia? Zostać piłkarzem. Nie żadnym policjantem, supermanem, pilotem, żołnierzem. Piłkarzem. I już na początku ograniczenia... Nie ma opcji, żaden lekarz nie podbije mi badań wymaganych do w miarę normalnego kopania na poziomie trampkarzy. Powód? Astma. Pozostało tylko kopanie pod blokiem z lekarstwem w kieszeni, oglądanie meczów w TV i chodzenie z Tatą na mecze miejscowej drużyny w klasie okręgowej, w porywach w IV lidze. No i zazdrość, ale taka zdrowa. Zazdrość w kierunku kolegów, którzy grają w zespole, chodzą na treningi, jeżdżą na mecze, mają fajne buty i super stroje. Później trafiają do klasy sportowej o profilu piłkarskim i pod okiem trenera rozwijają swój talent. I co z tego, że teraz, po kilkunastu latach żaden z nich nie jest wielkim piłkarzem, nie żyje z piłki. Ale wtedy, gdy było to dla nich niesamowicie ważne, mogli spełniać swoje marzenia.
Dzisiaj? Dzisiaj człowiek jest dorosły, sam o sobie decyduje. Dzięki temu, że nie palę, prowadzę w miarę zdrowy tryb życia choroba poszła w kąt. Dzięki temu gram sobie w piłę, amatorsko, ale w lidze. Do tego zrobiłem sobie papiery sędziowskie zdając wszystkie egzaminy. I zostałem sedzią piłki nożnej. Kapitalna sprawa. Nikt, kto tego nie przeżyje, nie ma pojęcia jak bardzo rośnie serce, kiedy wychodzisz na boisko sędziować ligowy mecz chłopaków, którzy mają po 10 i 11 lat. Ile tam jest emocji, ile wysiłku, ile nerwów, ile radości i smutku. Jak piękne jest to, że patrząc na takich chłopaków już można zauważyć, że z niektórych będzie na prawdę wielki pożytek. Te ruchy, umiejętności, intuicja - niczym u zawodowego kopacza na poziomie Ligi Mistrzów ;)
Więc poniekąd można powiedzieć, że odłożone marzenie doczekało się w pewien sposób realizacji...
Jak często każdy w dzieciństwie wyobrażał sobie dorosłość. Jak wielu bawiło się w dom, w pełni poważnie inscenizując wszystkie codzienne czynności (oczywiście w pewnych granicach;)). Jak często z naszych ust padały słowa "ale fajnie jest być dorosłym", "dorośli to mają fajnie". I jak wielu się pomyliło. Jak daleka jest rzeczywistość od dziecięcych marzeń, jak różne są dni, które przychodzi nam przeżywać. Jak bolesne jest przekonanie się, że tak wiele zależy od kogoś innego, choć wszystko powinno zależeć od nas...
Spirala życia kręci się coraz bardziej, coraz szybciej... Gonitwa trwa, wyścig nabiera tempa. Każdy zapatrzony na czubek swojego nosa i ilość cyfr na koncie pędzi byle szybciej, byle dalej... Też bym tak chciał... Chciałbym kurde w końcu zacząć panować nad swoim życiem... Chociażby po to, żeby za 40 lat powiedzieć sobie "cholera, dobrze że się w końcu za siebie wziąłem, dobrze przeżyłem swoje życie".
Długi, rachunki, opłaty, zobowiązania i wypłata, która na to wszystko nie starcza. Człowiek szkubie jakieś dodatkowe dochody gdzie tylko może, robi co w jego mocy, a i tak nie daje rady. Więc po co to?
Może warto spakować się, zostawić to co było i ruszyć, gdzieś na zachód. Może Szkocja? Może Holandia? Skoro niektórym się udało, to dlaczego mi ma się nie udać. Dlaczego ja nie mogę spróbować żyć na poziomie, mieć z czego odłożyć, przestać pożyczać i radzić sobie ze swoimi zachciankami?
Odważna decyzja... Trzeba by rzucić sędziowanie, pracę, zostawić rodzinę i ruszyć w nieznane... Ale być może tam moje miejsce??
Wrócić zawsze można. Wrócić i próbować żyć tutaj. A jeśli tam się uda... Może w końcu bede w stanie zafundować rodzicom wakacje za granicą? Może nie będą jeszcze zbyt starzy? Chyba czas się o tym przekonać...
Ważne, że gdziekolwiek będę, cokolwiek będę robił On będzie ze mną... W słuchawkach popłynie Jego głos, Jego słowa oddalą samotność...
Chłopięce marzenia? Zostać piłkarzem. Nie żadnym policjantem, supermanem, pilotem, żołnierzem. Piłkarzem. I już na początku ograniczenia... Nie ma opcji, żaden lekarz nie podbije mi badań wymaganych do w miarę normalnego kopania na poziomie trampkarzy. Powód? Astma. Pozostało tylko kopanie pod blokiem z lekarstwem w kieszeni, oglądanie meczów w TV i chodzenie z Tatą na mecze miejscowej drużyny w klasie okręgowej, w porywach w IV lidze. No i zazdrość, ale taka zdrowa. Zazdrość w kierunku kolegów, którzy grają w zespole, chodzą na treningi, jeżdżą na mecze, mają fajne buty i super stroje. Później trafiają do klasy sportowej o profilu piłkarskim i pod okiem trenera rozwijają swój talent. I co z tego, że teraz, po kilkunastu latach żaden z nich nie jest wielkim piłkarzem, nie żyje z piłki. Ale wtedy, gdy było to dla nich niesamowicie ważne, mogli spełniać swoje marzenia.
Dzisiaj? Dzisiaj człowiek jest dorosły, sam o sobie decyduje. Dzięki temu, że nie palę, prowadzę w miarę zdrowy tryb życia choroba poszła w kąt. Dzięki temu gram sobie w piłę, amatorsko, ale w lidze. Do tego zrobiłem sobie papiery sędziowskie zdając wszystkie egzaminy. I zostałem sedzią piłki nożnej. Kapitalna sprawa. Nikt, kto tego nie przeżyje, nie ma pojęcia jak bardzo rośnie serce, kiedy wychodzisz na boisko sędziować ligowy mecz chłopaków, którzy mają po 10 i 11 lat. Ile tam jest emocji, ile wysiłku, ile nerwów, ile radości i smutku. Jak piękne jest to, że patrząc na takich chłopaków już można zauważyć, że z niektórych będzie na prawdę wielki pożytek. Te ruchy, umiejętności, intuicja - niczym u zawodowego kopacza na poziomie Ligi Mistrzów ;)
Więc poniekąd można powiedzieć, że odłożone marzenie doczekało się w pewien sposób realizacji...
Jak często każdy w dzieciństwie wyobrażał sobie dorosłość. Jak wielu bawiło się w dom, w pełni poważnie inscenizując wszystkie codzienne czynności (oczywiście w pewnych granicach;)). Jak często z naszych ust padały słowa "ale fajnie jest być dorosłym", "dorośli to mają fajnie". I jak wielu się pomyliło. Jak daleka jest rzeczywistość od dziecięcych marzeń, jak różne są dni, które przychodzi nam przeżywać. Jak bolesne jest przekonanie się, że tak wiele zależy od kogoś innego, choć wszystko powinno zależeć od nas...
Spirala życia kręci się coraz bardziej, coraz szybciej... Gonitwa trwa, wyścig nabiera tempa. Każdy zapatrzony na czubek swojego nosa i ilość cyfr na koncie pędzi byle szybciej, byle dalej... Też bym tak chciał... Chciałbym kurde w końcu zacząć panować nad swoim życiem... Chociażby po to, żeby za 40 lat powiedzieć sobie "cholera, dobrze że się w końcu za siebie wziąłem, dobrze przeżyłem swoje życie".
Długi, rachunki, opłaty, zobowiązania i wypłata, która na to wszystko nie starcza. Człowiek szkubie jakieś dodatkowe dochody gdzie tylko może, robi co w jego mocy, a i tak nie daje rady. Więc po co to?
Może warto spakować się, zostawić to co było i ruszyć, gdzieś na zachód. Może Szkocja? Może Holandia? Skoro niektórym się udało, to dlaczego mi ma się nie udać. Dlaczego ja nie mogę spróbować żyć na poziomie, mieć z czego odłożyć, przestać pożyczać i radzić sobie ze swoimi zachciankami?
Odważna decyzja... Trzeba by rzucić sędziowanie, pracę, zostawić rodzinę i ruszyć w nieznane... Ale być może tam moje miejsce??
Wrócić zawsze można. Wrócić i próbować żyć tutaj. A jeśli tam się uda... Może w końcu bede w stanie zafundować rodzicom wakacje za granicą? Może nie będą jeszcze zbyt starzy? Chyba czas się o tym przekonać...
Ważne, że gdziekolwiek będę, cokolwiek będę robił On będzie ze mną... W słuchawkach popłynie Jego głos, Jego słowa oddalą samotność...
Tagi:
lajf
Jakoś tak jest, że dzisiaj kiedyś było jutrem, jutro stanie się wczoraj. Dowód na to, że wszystko mija, wszystko się zmienia. Prozaiczne dni tygodnia, ale też coś więcej. Otoczenie, ludzie, ich zachowania. Dziś przyjaciel jutro wróg.
Świat. Świat, który pędzi nie myśląc o niczym. Świat tworzony przez ludzi, którzy myślą, że tworzą go dla siebie. A gówno prawda. To my zostaliśmy stworzeni przez świat, ukształtowani. I nie dajemy nic od siebie. Giniemy w tym całym amoku, tracimy się w codziennym tłumie.
Pieniądze. Synonim słowa "szczęście"? Nie wiem. Nie wiem, bo nie miałem okazji tego sprawdzić. Póki co radzę sobie bez nich. No może bez ich zawrotnej ilości. Na pewno twór, który jest w stanie wszystko zmienić. Począwszy od jakości życia, na człowieku skończywszy. Każdym. Nawet najbardziej odpornym. Nie można się przed tym obronić.
Życie. W takim razie jaką ma wartość? Wartość naszego życia określamy sami, czy jest to wypadkowa opinii szerszego grona ludzi, którzy rzekomo nas znają? Czy można tą wartość zmierzyć jakąś miarą? Które życie jest więcej warte? I co ma to wpływ? Gdyby wybierać pomiędzy dwoma istnieniami - czym się kierować? Tym, co ktoś wniósł, tym co ktoś wnieść może? Materialnie? Duchowo?
Ludzie. Dlaczego niektórzy potrafią? Czy to zależy od startu? Od tego, co otrzymuje się na wejściu? Co takiego nie pozwala osiągnąć przeciętnemu Kowalskiemu tego, czego dorobił się nowobogacki Nowak? Czy problem leży w Kowalskim? W jego głowie? Mentalności? Czy blokują go finanse? Inteligencja? Brak samozaparcia? Przecież podobno wszyscy jesteśmy równi.
Dziwny wpis, bajzel totalny, który mam w głowie nie pozwala na sformułowanie konkretnych myśli, bo to, co teraz się dzieje wśród ludzi przechodzi wszelkie pojęcie i nie znajduje wytłumaczenia nawet wśród najwybitniejszych filozofów czy socjologów. Nas, ludzi którzy, że tak powiem, świadomie zaczęli myśleć po przemianie z 89 roku to wszystko dziwi, stając się niemal namacalne. Nie znaliśmy tego wcześniej. Teraz patrząc na cenę benzyny, cukru, mąki ziemniaczanej, węgla i nasze zarobki pojęcie "inflacja" zaczyna być dla nas znajome.
Długi, pożyczki, kredyty, ciągłe odmawianie sobie nawet najmniejszych przyjemności. W imię czego?
Mieć w sobie na tyle siły i odwagi, żeby zebrać to, co nam zostało i znaleźć swoją pustelnię gdzieś w puszczy, w górach, nad morzem na nieodwiedzanej plaży, przy fiordach w Norwegii. Żyć zgodnie z naturą i własnymi myślami. Nie zaprzątać sobie głowy globalnymi problemami, żywić się tym, co natura nam daje. Są tacy ludzie. I to właśnie im, nie bogatym piłkarzom, pustym gwiazdeczkom, najmądrzejszym dziennikarzom, czy najwybitniejszym artystom, ale właśnie tym ludziom zazdroszczę. Cholernie zazdroszczę im tego, co mają. Bo tak na prawdę nie posiadając nic, mają bardzo wiele. Mają to, czego być może my nigdy nie będziemy mieli, czego nie można kupić i czego nigdy się nie dorobimy - święty spokój...
Świat. Świat, który pędzi nie myśląc o niczym. Świat tworzony przez ludzi, którzy myślą, że tworzą go dla siebie. A gówno prawda. To my zostaliśmy stworzeni przez świat, ukształtowani. I nie dajemy nic od siebie. Giniemy w tym całym amoku, tracimy się w codziennym tłumie.
Pieniądze. Synonim słowa "szczęście"? Nie wiem. Nie wiem, bo nie miałem okazji tego sprawdzić. Póki co radzę sobie bez nich. No może bez ich zawrotnej ilości. Na pewno twór, który jest w stanie wszystko zmienić. Począwszy od jakości życia, na człowieku skończywszy. Każdym. Nawet najbardziej odpornym. Nie można się przed tym obronić.
Życie. W takim razie jaką ma wartość? Wartość naszego życia określamy sami, czy jest to wypadkowa opinii szerszego grona ludzi, którzy rzekomo nas znają? Czy można tą wartość zmierzyć jakąś miarą? Które życie jest więcej warte? I co ma to wpływ? Gdyby wybierać pomiędzy dwoma istnieniami - czym się kierować? Tym, co ktoś wniósł, tym co ktoś wnieść może? Materialnie? Duchowo?
Ludzie. Dlaczego niektórzy potrafią? Czy to zależy od startu? Od tego, co otrzymuje się na wejściu? Co takiego nie pozwala osiągnąć przeciętnemu Kowalskiemu tego, czego dorobił się nowobogacki Nowak? Czy problem leży w Kowalskim? W jego głowie? Mentalności? Czy blokują go finanse? Inteligencja? Brak samozaparcia? Przecież podobno wszyscy jesteśmy równi.
Dziwny wpis, bajzel totalny, który mam w głowie nie pozwala na sformułowanie konkretnych myśli, bo to, co teraz się dzieje wśród ludzi przechodzi wszelkie pojęcie i nie znajduje wytłumaczenia nawet wśród najwybitniejszych filozofów czy socjologów. Nas, ludzi którzy, że tak powiem, świadomie zaczęli myśleć po przemianie z 89 roku to wszystko dziwi, stając się niemal namacalne. Nie znaliśmy tego wcześniej. Teraz patrząc na cenę benzyny, cukru, mąki ziemniaczanej, węgla i nasze zarobki pojęcie "inflacja" zaczyna być dla nas znajome.
Długi, pożyczki, kredyty, ciągłe odmawianie sobie nawet najmniejszych przyjemności. W imię czego?
Mieć w sobie na tyle siły i odwagi, żeby zebrać to, co nam zostało i znaleźć swoją pustelnię gdzieś w puszczy, w górach, nad morzem na nieodwiedzanej plaży, przy fiordach w Norwegii. Żyć zgodnie z naturą i własnymi myślami. Nie zaprzątać sobie głowy globalnymi problemami, żywić się tym, co natura nam daje. Są tacy ludzie. I to właśnie im, nie bogatym piłkarzom, pustym gwiazdeczkom, najmądrzejszym dziennikarzom, czy najwybitniejszym artystom, ale właśnie tym ludziom zazdroszczę. Cholernie zazdroszczę im tego, co mają. Bo tak na prawdę nie posiadając nic, mają bardzo wiele. Mają to, czego być może my nigdy nie będziemy mieli, czego nie można kupić i czego nigdy się nie dorobimy - święty spokój...
Cała ta przedświąteczna farsa zaczyna mi działać na nerwy... Bieganie, sprzątanie, kupowanie, brak kasy, drożyzna, wszędzie pełno ludzi, nerwy i fałszywe uśmiechy... I tak co roku... Nie wiem, nie potrafię ogarnąć dlaczego ten czas jest dla ludzi tak ważny. Tym bardziej, że magia świąt prysnęła dla mnie jak bańka mydlana gdzieś w okolicach końcówki 6 klasy... Jedynym plusem był wolny od szkoły czas... A teraz ? Teraz, kiedy jest praca, w dodatku taka, że masz przed sobą masę ześlinionych, żądnych rabatów i najniższych cen, pełnych narzekania i fałszywej wiedzy ludzi, stojących po drugiej stronie lady, okres ten nie cieszy kompletnie. Co z tego, że ruch w interesie jako taki... Od słuchania "wesołych świąt" na odchodne już mi się rzygać chce... Mówią mi, że to wina braku urlopu od dwóch lat... Nie wiem, może. Może jakiś ciekawy wyjazd i odpoczynek załatwiłby sprawę. Nie wiem. Ale kiedy ? Gdzie ? Z kim ? Za co ? No właśnie...
Fakt, że powoli zaczynam się realizować w pewnym kierunku, który jest pokrewnym do kierunku, w którym chciałem się realizować od dziecka, ale niestety coś zawsze stawało na drodze... Teraz drzwi otwierają się coraz szerzej....
Nie jestem stary, masa życia jeszcze przede mną, o ile nie wydarzy się nic tragicznego wcześniej. Jestem dorosły, ale tak raczej z dolnej granicy dorosłości... Ale kurde czuję się jakoś zmęczony... Tak po prostu... Niczym konkretnym. Życiem... Męczy mnie powoli mieszkanie z rodzicami i bratem, sytuacje w domu, gadka o bajzlu w pokoju, o nie wyciągniętych naczyniach ze zmywarki, o niespuszczonej klapie w kiblu... Chciałbym wrócić z roboty, piepsznąć plecakiem w kąt, skarpety rzucić na żyrandol i głośno se beknąć... Czas już chyba pomyśleć o własnym, albo przynajmniej wynajętym M....
Przetrwać ten dziwny czas, schlać się w sylwestra i z czystą kartą wkroczyć w nowy rok... Tego sobie i wszystkim życzę...
Fakt, że powoli zaczynam się realizować w pewnym kierunku, który jest pokrewnym do kierunku, w którym chciałem się realizować od dziecka, ale niestety coś zawsze stawało na drodze... Teraz drzwi otwierają się coraz szerzej....
Nie jestem stary, masa życia jeszcze przede mną, o ile nie wydarzy się nic tragicznego wcześniej. Jestem dorosły, ale tak raczej z dolnej granicy dorosłości... Ale kurde czuję się jakoś zmęczony... Tak po prostu... Niczym konkretnym. Życiem... Męczy mnie powoli mieszkanie z rodzicami i bratem, sytuacje w domu, gadka o bajzlu w pokoju, o nie wyciągniętych naczyniach ze zmywarki, o niespuszczonej klapie w kiblu... Chciałbym wrócić z roboty, piepsznąć plecakiem w kąt, skarpety rzucić na żyrandol i głośno se beknąć... Czas już chyba pomyśleć o własnym, albo przynajmniej wynajętym M....
Przetrwać ten dziwny czas, schlać się w sylwestra i z czystą kartą wkroczyć w nowy rok... Tego sobie i wszystkim życzę...
Tagi:
tak
Chwila zwątpienia w ludzkie uczucia, chwila bezsilności i bezczynności zarazem. I oto efekt...
Pewna pani gdzieś pod Płońskiem
Powiat Skowycz, gmina Końskie
Zerknąć poszła do sąsiada
Który do niej nie zagadał
Bo choć babka w sile wieku
To odrzuca coś w człowieku
Nogi długie, kiecka mini
Każdy facet już się ślini
I napawa się widokiem
Ziemię moczy ślinotokiem
Aż tu nagle dama słodka
Dźwiga rękę, a od środka
Wieje groza, strach, zaduma
W włosach przyklejona guma
Balonowa guma Turbo
W ręce się otwiera Burbon
Mało złego, że nie goli
Guma też nie zadowoli
Gąszcz pod pachą pięknej damy
Nie otworzy niebios bramy
A gdy w gąszczu guma jeszcze
Wtedy facet bierze kleszcze
Nóż, nożyczki plus sekator
Z królem lwem też segregator
Pędzi, biegnie co sił w nogach
Włos pod pachą – straszna trwoga
Damie pięknej nie przystoi
Włosa baba niech się boi
Segregator z poradami
Z mapą Niemiec i Włochami
Z włochów będzie też użytek
Broda, wąs i pejsy w pyte
Bądź dla wójta peleryna
Plus kapuca i czupryna
A więc morał z tego taki
Goląc lub żelując baki
Czesząc pachę lub warkocze
Stylizując własne krocze
Nie zapomnij o strzyżeniu
To pomaga w oka mgnieniu
Zadbać i wyglądać schludnie
Przebojowo i nie nudnie
Chwila czasu i ochoty
Można ruszać na zaloty
A nie tak jak baba z Płońska
Powiat Skowycz, gmina Końska
Bo też babie nie wypada
Tak zaglądać do sąsiada
Wszystko ładnie, ochy, achy
A tu włosy spod jej pachy...
Pewna pani gdzieś pod Płońskiem
Powiat Skowycz, gmina Końskie
Zerknąć poszła do sąsiada
Który do niej nie zagadał
Bo choć babka w sile wieku
To odrzuca coś w człowieku
Nogi długie, kiecka mini
Każdy facet już się ślini
I napawa się widokiem
Ziemię moczy ślinotokiem
Aż tu nagle dama słodka
Dźwiga rękę, a od środka
Wieje groza, strach, zaduma
W włosach przyklejona guma
Balonowa guma Turbo
W ręce się otwiera Burbon
Mało złego, że nie goli
Guma też nie zadowoli
Gąszcz pod pachą pięknej damy
Nie otworzy niebios bramy
A gdy w gąszczu guma jeszcze
Wtedy facet bierze kleszcze
Nóż, nożyczki plus sekator
Z królem lwem też segregator
Pędzi, biegnie co sił w nogach
Włos pod pachą – straszna trwoga
Damie pięknej nie przystoi
Włosa baba niech się boi
Segregator z poradami
Z mapą Niemiec i Włochami
Z włochów będzie też użytek
Broda, wąs i pejsy w pyte
Bądź dla wójta peleryna
Plus kapuca i czupryna
A więc morał z tego taki
Goląc lub żelując baki
Czesząc pachę lub warkocze
Stylizując własne krocze
Nie zapomnij o strzyżeniu
To pomaga w oka mgnieniu
Zadbać i wyglądać schludnie
Przebojowo i nie nudnie
Chwila czasu i ochoty
Można ruszać na zaloty
A nie tak jak baba z Płońska
Powiat Skowycz, gmina Końska
Bo też babie nie wypada
Tak zaglądać do sąsiada
Wszystko ładnie, ochy, achy
A tu włosy spod jej pachy...
Tagi:
śjakieś rymy
Rodzina. Dla każdego coś znaczy. Dla każdego jest czymś więcej, niż tylko genetycznie powiązaną grupą ludzi. Pamiętam dawniej urodziny. To było wydarzenie. Rodzina mojej Mamy mieszka daleko, rodzina Taty jest na miejscu, a że Tata ma 4 rodzeństwa, z których większość ma już dzieci, niektórzy wnuki, to urodziny był zawsze wydarzeniem gromadzącym cała familię pod jednym dachem. Masa ludzi, gwarno, tłoczno, dzieci plątające się z zabawkami, zastawione stoły. Choć nikomu w latach 90 nie było łatwo, to jednak każdy starał się ugościć wszystkich najlepiej jak tylko mógł. Imprezy trwały w najlepsze. Wszystko zmieniło się po śmierci Dziadka, Taty od Taty. Rodzina jakby się rozpadła. Zaczęły się jakieś dziwne kłótnie, jeden nie przyszedł na urodziny do drugiego, to ten później zrewanżował się tym samym. I tak rok po roku urodzinowe towarzystwo wykruszało się, a kontakt między sobą też jakby został gdzieś zatracony. Jedynie dwa razy w roku - na urodzinach Babci i Wujka, który z Babcią mieszka, spotykali się wszyscy razem. Też dlatego, że Babcia z Wujkiem chodzili do każdego. Jednak lata lecą, zdrowie już nie te i Babcia też zaczęła odpuszczać urodzinowe nasiadówki, coraz trudniej było ją namówić na urodzinową kawę. Do tego Wujek zachorował i teraz to już chyba wszystko się rozpiepszy.
Dlaczego o tym pisze? Dzisiaj moja Mama miała urodziny. I spędziliśmy je skromnie, we własnym towarzystwie, bez nikogo z zewnątrz. I być może komuś z nas przeszło przez mysl, że wszystko zmierza już w tym kierunku i z roku na rok będzie tak to wyglądało, to jednak widziałem, że Mamie było przykro. A przypomniały mi się właśnie urodziny sprzed 15 lat, jakie opisałem wyżej i czasem aż łezka się w oku zakręci z tęsknoty za tym, co było. Bo choć czasy był ciężkie, to na rodzinie można było polegać. Teraz wiele się poprawiło pod względem gospodarczym, ale z rodziny to już pozostała chyba tylko nazwa. Być może gdyby Dziadek żył wszystko wyglądało by inaczej. On zawsze potrafił utrzymać wszystkich w kupie i pilnować, żeby nic złego nie działo się w Jego rodzinie... Teraz brakuje kogoś takiego... Smutne mimo wszystko są takie urodziny, bo choć masz wśród siebie najbliższych, to jednak mając rodzinę w tym samym mieście chciałbyś, żeby ktoś wpadł z życzeniami. Owszem - była masa telefonów, SMSów, co świadczy o pamięci. Ale to jednak nie to samo. Cóż... Pozostaje się zacząć przyzwyczajać do nowego stylu spędzania urodzin i mimo wszystko będzie trzeba go zaakceptować...
Dlaczego o tym pisze? Dzisiaj moja Mama miała urodziny. I spędziliśmy je skromnie, we własnym towarzystwie, bez nikogo z zewnątrz. I być może komuś z nas przeszło przez mysl, że wszystko zmierza już w tym kierunku i z roku na rok będzie tak to wyglądało, to jednak widziałem, że Mamie było przykro. A przypomniały mi się właśnie urodziny sprzed 15 lat, jakie opisałem wyżej i czasem aż łezka się w oku zakręci z tęsknoty za tym, co było. Bo choć czasy był ciężkie, to na rodzinie można było polegać. Teraz wiele się poprawiło pod względem gospodarczym, ale z rodziny to już pozostała chyba tylko nazwa. Być może gdyby Dziadek żył wszystko wyglądało by inaczej. On zawsze potrafił utrzymać wszystkich w kupie i pilnować, żeby nic złego nie działo się w Jego rodzinie... Teraz brakuje kogoś takiego... Smutne mimo wszystko są takie urodziny, bo choć masz wśród siebie najbliższych, to jednak mając rodzinę w tym samym mieście chciałbyś, żeby ktoś wpadł z życzeniami. Owszem - była masa telefonów, SMSów, co świadczy o pamięci. Ale to jednak nie to samo. Cóż... Pozostaje się zacząć przyzwyczajać do nowego stylu spędzania urodzin i mimo wszystko będzie trzeba go zaakceptować...
Tagi:
otaguj wiadomość
Zazdrość. Śjakiś dziwny twór, tudzież uczucie, którego wielu z nas nie lubi, jeszcze więcej nie rozumie, a jeszcze inni twierdzą, że ich nie dotyczy. Zazdrość, zawiść, w zasadzie to samo. I nie chodzi mi tutaj o taką zazdrość w związku między kobietą i mężczyzną. Chodzi o ogół. O zazdrość jednego dziecka o drugie, o zazdrość pomiędzy kolegami z pracy, sąsiadami. Chore i najczęściej niepotrzebne uczucie, które w wielu przypadkach przeszkadza nam w normalnym funkcjonowaniu i utrzymywaniu zdrowych relacji z ludźmi. Nasz naród jest chyba najlepszym tego przykładem. Dlaczego ?
Polacy i Niemcy. Większość Polaków nie przepada, delikatnie mówiąc, za swoimi zachodnimi sąsiadami, ale nie potrafi tego w żaden logiczny sposób uargumentować. Więc dlaczego nie przepada ? Bo Niemcy mają lepiej... Mają więcej pieniędzy, lepszą pracę, lepszy rząd, korzystniejsze świadczenia socjalne, lepsze samochody, lepsze drogi, więcej atrakcji w kraju, lepszych piłkarzy, silniejszą ligę, czystsze miasta. Po prostu przerastają nas pod każdym względem i w każdej kategorii. Niestety zawiść wśród Polaków jest ogromna. A negatywne uczucia w stosunku do Polaków, którzy wyjechali do Niemiec i stali się "niemcami" wręcz przerasta często nasze pojęcie.
Nie wiem, czy jest to w jakiś sposób udokumentowane psychologicznie, ale gdy ktoś ma lepiej, gdy w czymś jest lepszy od nas, gdy czegoś ma więcej, wtedy często za nim nie przepadamy. I jeśli zazdrość ta opiera się na samych uczuciach i ograniczeniu kontaktu, to jeszcze pół biedy... Prawdziwy problem zaczyna się, gdy ktoś stara temu człowiekowi uprzykrzyć w jakiś sposób życie, utrudnić mu dążenie do celu i przeszkadzać we wszystkim co robi, żeby tylko nie miał jeszcze lepiej...
Ach ktoś, kto świat wymyślił, ktoś, kto stworzył człowieka trochę się pomylił w niektórych momentach...
Cóż...
Polacy i Niemcy. Większość Polaków nie przepada, delikatnie mówiąc, za swoimi zachodnimi sąsiadami, ale nie potrafi tego w żaden logiczny sposób uargumentować. Więc dlaczego nie przepada ? Bo Niemcy mają lepiej... Mają więcej pieniędzy, lepszą pracę, lepszy rząd, korzystniejsze świadczenia socjalne, lepsze samochody, lepsze drogi, więcej atrakcji w kraju, lepszych piłkarzy, silniejszą ligę, czystsze miasta. Po prostu przerastają nas pod każdym względem i w każdej kategorii. Niestety zawiść wśród Polaków jest ogromna. A negatywne uczucia w stosunku do Polaków, którzy wyjechali do Niemiec i stali się "niemcami" wręcz przerasta często nasze pojęcie.
Nie wiem, czy jest to w jakiś sposób udokumentowane psychologicznie, ale gdy ktoś ma lepiej, gdy w czymś jest lepszy od nas, gdy czegoś ma więcej, wtedy często za nim nie przepadamy. I jeśli zazdrość ta opiera się na samych uczuciach i ograniczeniu kontaktu, to jeszcze pół biedy... Prawdziwy problem zaczyna się, gdy ktoś stara temu człowiekowi uprzykrzyć w jakiś sposób życie, utrudnić mu dążenie do celu i przeszkadzać we wszystkim co robi, żeby tylko nie miał jeszcze lepiej...
Ach ktoś, kto świat wymyślił, ktoś, kto stworzył człowieka trochę się pomylił w niektórych momentach...
Cóż...
Tagi:
wpisz tagi dla notki
Wiecie po czym poznać, że są wakacje ? Oczywiście nie ma tyle dzieci w autobusach, młodzież non stop przesiaduje w parku, na rynku. I poza tym każdy głupi wie, że są wakacje. Ale ja tak zaobserwowałem, że w wakacje kierowcy TIRów zazwyczaj mają pasażerów. Najczęściej są to dzieciaki, dla których jest to świetna przygoda, czasami żony, albo ich "trasowe zastępczynie". Ale w 7 na 10 TIRów siedzi jakiś pasażer.
Zastanawiam się gdzie poznikały wszystkie fajne blogi na bloblo. Co się dzieje z blogami, na które spokojnie można było wejść, poczytać coś mądrego, wczuć się w czyjąś, często nieciekawą, sytuację. Mam wrażenie, że na ich miejsce wskoczyli fanatycy chińskich bajek, psychofani Dżastina Bibera i Tokio Hotel, albo maniakalnie wstawiający zdjęcia wielbiciele W 11. Brakuje tylko fan clubu Mody Na Sukces i Plebanii i będziemy mieli wspaniałe kółko wzajemnej adoracji.
Nie, wcale nie masz racji, nie bronię nikomu posiadania bloga, tworzenia go. Mój blog też może komuś przeszkadzać. Ja tylko wyrażam swoje zdanie.
Dzisiaj, tak na zakończenie pracowitego tygodnia poszedłem się trochę spocić na pobliski Orlik. Graliśmy sobie w piłkę kopaną, obok złota polska młodzież w wieku ok 15 lat śmigała sobie w kosza napinając się i prężąc przed prawie dorosłą już grupką 13 letnich niemalże kobiet. To, co przykuło moją uwagę to słuchawki na uszach jednego z owych młodzieńców. Ogromne, szaro-brązowe słuchawki używane przez gości Pani Rysner w Wielkiej Grze, albo przez kontrolera lotów na lotniskowej wieży. No po prostu ogromne ! Gra w kosza w takich słuchawkach i konwersacja ze znajomymi musi być mega przyjemna. Ale być może ja jestem po tyłach, a to na prawdę jest fajne mieć takie słuchawki, bo po chwili wędrowały one z głowy na głowę wszystkich młodych adeptów koszykarskiego rzemiosła w odstępach około ośmiominutowych.
Cóż... Moda nie jest pojęciem stałym, lecz stale się zmienia...
Upały... Piękna sprawa dla urlopowiczów, basenowiczów, właścicieli rozlewni wód mineralnych, ogródków piwnych i posiadaczy działek, ale tych do wypoczynku, nie tych kieszonkowych. Zmora dla ludzi pracujących w pomieszczeniach bez klimatyzacji, podróżujących samochodem, pracujących na dworze. Wszak narodowi polskiemu nie dogodzisz... Zimno - źle, ciepło - źle, pada- źle, nie pada - źle. Cóż...
Informacja dnia dzisiaj na portalu gazeta.pl:
" Tyska policja poszukuje właściciela znalezionego banknotu." 10 złotowy banknot został znaleziony na ulicy i uczciwie oddany na policję. Teraz stróże prawa szukają załamanego właściciela i w ich gestii jest sumienne sprawdzenie, czy banknot rzeczywiście należał do zgłoszonej osoby. Mam nadzieję, że żyjąc w tak uczciwym kraju, wśród tak uczciwych ludzi ktoś w końcu odda mi dwie monety 1 grosz i 5 groszy, które 3 lata temu wypadły mi z kieszeni podczas wakacji na Mazurach... I na to idą nasze podatki...
W ogóle tak już całkiem poważnie to wiele złego dzieje się ostatnimi czasy w naszym pięknym kraju. Oczywiście większość zła wypływa od wybranych przez nas w demokratycznych wyborach, by nas godnie reprezentowali, polityków i rządzących. Od czasu kwietniowej katastrofy wszystko mało, że wróciło do przykrej normy, to jeszcze normę tą wielokrotnie przekroczyło. Spór o krzyż pod pałacem, komisja ds. wyjaśnienia przyczyn wypadku i kłótnie Macierewicza z Palikotem. Głośne ujadanie obu, którzy stojąc nad zbiorową mogiłą 96 ofiar tylko odbijają wypełniony jadem balonik i czekają, kiedy i po czyjej stronie pęknie. Zwada zwolenników i przeciwników przeniesienia krzyża spod pałacu, zwady w czasie wyborów prezydenckich, zwada podczas nominacji na marszałka. Wszystko, co zrobi PO zaraz krytykowane jest przez PiS i odwrotnie. No ludzie... Gdzie my żyjemy ? Ludzie na prawdę potrzebują pomocy, za nami straszna powódź, która wielu rodzinom zrujnowała życie. Wiele rodzin czeka na jakąkolwiek pomoc. I tą pomoc dostaje. Ale nie od państwa, ale od innych ludzi, którzy nieraz sami mają niewiele, ale jak tylko mogą - pomagają. Bo gdyby nie to, to większość powodzian już dawno popełniła by zbiorowe samobójstwo nie widząc sensu i szans na normalne życie, które już nigdy nie będzie takie same. Głośne szczekanie w czasie kampanii, wiele krzyku przed wyborami, a teraz to co zawsze, czyli popularne gówno...
Wypłaty, premie, odprawy, delegacje, pieniądze na biura poselskie, limuzyny, paliwo, darmowe przeloty i podróże koleją, bankiety, rządowe hotele. W dupie się już im poprzewracało...
Kończąc ten bądź co bądź polityczny wpis dodam, że dla mnie jedynym wyjściem z tej chorej sytuacji jest wymiana całej załogi, która jest w sejmie więcej niż 3 kadencje, a na ich miejsce wybranie całkiem nowych, świeżych ludzi z odpowiednimi pomysłami i energią do pracy. I nie chodźmy na wybory... To i tak nic nie zmieni, a rządzących wybiorą nam ludzie, którzy prawdopodobnie nie doczekają końca kadencji... Ale spełnią swój obywatelski obowiązek...
Odpoczywajcie !!
I na prawdę uśmiechajcie się do ludzi, bo nie ma nic lepszego niż w zły dzień zobaczyć sympatycznie uśmiechającą się w Twoim kierunku twarz kompletnie nie znanej Ci osoby...
Zastanawiam się gdzie poznikały wszystkie fajne blogi na bloblo. Co się dzieje z blogami, na które spokojnie można było wejść, poczytać coś mądrego, wczuć się w czyjąś, często nieciekawą, sytuację. Mam wrażenie, że na ich miejsce wskoczyli fanatycy chińskich bajek, psychofani Dżastina Bibera i Tokio Hotel, albo maniakalnie wstawiający zdjęcia wielbiciele W 11. Brakuje tylko fan clubu Mody Na Sukces i Plebanii i będziemy mieli wspaniałe kółko wzajemnej adoracji.
Nie, wcale nie masz racji, nie bronię nikomu posiadania bloga, tworzenia go. Mój blog też może komuś przeszkadzać. Ja tylko wyrażam swoje zdanie.
Dzisiaj, tak na zakończenie pracowitego tygodnia poszedłem się trochę spocić na pobliski Orlik. Graliśmy sobie w piłkę kopaną, obok złota polska młodzież w wieku ok 15 lat śmigała sobie w kosza napinając się i prężąc przed prawie dorosłą już grupką 13 letnich niemalże kobiet. To, co przykuło moją uwagę to słuchawki na uszach jednego z owych młodzieńców. Ogromne, szaro-brązowe słuchawki używane przez gości Pani Rysner w Wielkiej Grze, albo przez kontrolera lotów na lotniskowej wieży. No po prostu ogromne ! Gra w kosza w takich słuchawkach i konwersacja ze znajomymi musi być mega przyjemna. Ale być może ja jestem po tyłach, a to na prawdę jest fajne mieć takie słuchawki, bo po chwili wędrowały one z głowy na głowę wszystkich młodych adeptów koszykarskiego rzemiosła w odstępach około ośmiominutowych.
Cóż... Moda nie jest pojęciem stałym, lecz stale się zmienia...
Upały... Piękna sprawa dla urlopowiczów, basenowiczów, właścicieli rozlewni wód mineralnych, ogródków piwnych i posiadaczy działek, ale tych do wypoczynku, nie tych kieszonkowych. Zmora dla ludzi pracujących w pomieszczeniach bez klimatyzacji, podróżujących samochodem, pracujących na dworze. Wszak narodowi polskiemu nie dogodzisz... Zimno - źle, ciepło - źle, pada- źle, nie pada - źle. Cóż...
Informacja dnia dzisiaj na portalu gazeta.pl:
" Tyska policja poszukuje właściciela znalezionego banknotu." 10 złotowy banknot został znaleziony na ulicy i uczciwie oddany na policję. Teraz stróże prawa szukają załamanego właściciela i w ich gestii jest sumienne sprawdzenie, czy banknot rzeczywiście należał do zgłoszonej osoby. Mam nadzieję, że żyjąc w tak uczciwym kraju, wśród tak uczciwych ludzi ktoś w końcu odda mi dwie monety 1 grosz i 5 groszy, które 3 lata temu wypadły mi z kieszeni podczas wakacji na Mazurach... I na to idą nasze podatki...
W ogóle tak już całkiem poważnie to wiele złego dzieje się ostatnimi czasy w naszym pięknym kraju. Oczywiście większość zła wypływa od wybranych przez nas w demokratycznych wyborach, by nas godnie reprezentowali, polityków i rządzących. Od czasu kwietniowej katastrofy wszystko mało, że wróciło do przykrej normy, to jeszcze normę tą wielokrotnie przekroczyło. Spór o krzyż pod pałacem, komisja ds. wyjaśnienia przyczyn wypadku i kłótnie Macierewicza z Palikotem. Głośne ujadanie obu, którzy stojąc nad zbiorową mogiłą 96 ofiar tylko odbijają wypełniony jadem balonik i czekają, kiedy i po czyjej stronie pęknie. Zwada zwolenników i przeciwników przeniesienia krzyża spod pałacu, zwady w czasie wyborów prezydenckich, zwada podczas nominacji na marszałka. Wszystko, co zrobi PO zaraz krytykowane jest przez PiS i odwrotnie. No ludzie... Gdzie my żyjemy ? Ludzie na prawdę potrzebują pomocy, za nami straszna powódź, która wielu rodzinom zrujnowała życie. Wiele rodzin czeka na jakąkolwiek pomoc. I tą pomoc dostaje. Ale nie od państwa, ale od innych ludzi, którzy nieraz sami mają niewiele, ale jak tylko mogą - pomagają. Bo gdyby nie to, to większość powodzian już dawno popełniła by zbiorowe samobójstwo nie widząc sensu i szans na normalne życie, które już nigdy nie będzie takie same. Głośne szczekanie w czasie kampanii, wiele krzyku przed wyborami, a teraz to co zawsze, czyli popularne gówno...
Wypłaty, premie, odprawy, delegacje, pieniądze na biura poselskie, limuzyny, paliwo, darmowe przeloty i podróże koleją, bankiety, rządowe hotele. W dupie się już im poprzewracało...
Kończąc ten bądź co bądź polityczny wpis dodam, że dla mnie jedynym wyjściem z tej chorej sytuacji jest wymiana całej załogi, która jest w sejmie więcej niż 3 kadencje, a na ich miejsce wybranie całkiem nowych, świeżych ludzi z odpowiednimi pomysłami i energią do pracy. I nie chodźmy na wybory... To i tak nic nie zmieni, a rządzących wybiorą nam ludzie, którzy prawdopodobnie nie doczekają końca kadencji... Ale spełnią swój obywatelski obowiązek...
Odpoczywajcie !!
I na prawdę uśmiechajcie się do ludzi, bo nie ma nic lepszego niż w zły dzień zobaczyć sympatycznie uśmiechającą się w Twoim kierunku twarz kompletnie nie znanej Ci osoby...
Tagi:
sif
Myślałem, że usuwają blogi z bloblo za dłuższy brak aktywności. A tu się okazuje, że jednak nie i mój blog cały czas istnieje w internetowej rzeczywistości... Nie było mnie tu kawał czasu. Dlaczego ? Nie wiem. Z braku czasu, ochoty do pisania, chęci bycia innym niż tysiące nastolatek wpisujących swoje codzienne przeżycia na bloblo i ilustrujących je swoimi słitaśnymi fociami...
Oj pozmieniało się... Pozmieniało się w cholerę. Sam nie wiem, czy na lepsze, czy wręcz przeciwnie. Czas pokaże.
Ostatnio łapię się na tym, że mijając kogoś na ulicy myślę, czy ten ktoś jest szczęśliwy. Próbuję to wywnioskować z jego twarzy, wyglądu, ubioru. I nie wiem, czy udaje mi się trafnie to rozpoznać, bo przecież nie podejdę i nie zapytam wprost, ale coraz częściej mam coś takiego. Ale przecież ludzie są na tyle sprytni i mądrzy, że potrafią się doskonale maskować, przybierać różne twarze. I często jest tak, że gdy się nie uśmiechasz, to nie znaczy że jesteś smutny, i odwrotnie. Chciałbym wiedzieć, co czują moi najbliżsi, albo osoby, które do niedawna takie były. Czy rzeczywiście uczucia, które malują się na ich twarzach są też w ich sercach ? Wątpię... Pewnie ktoś pomyśli - dlaczego nie zapytasz? A no nie wszyscy potrafią rozmawiać o uczuciach z drugim człowiekiem. I mi też jest ciężko.... Ale cóż...
A co to w ogóle jest szczęście ? Nie ma definicji, nie ma postaci. Wiemy, że coś takiego jest, ale dla każdego z nas jest to coś innego. Często też myślimy, że to jest to, niestety mylnie. I to jest chyba najgorsze... Ciekawe też czy można, chcąc być na siłę szczęśliwym, szczęście sobie stworzyć. Banalne nieco rzeczy i kwestie, banalne, ale nie oczywiste...
Po katastrofie w Smoleńsku pewnie pojawiła się masa wpisów na bloblo na ten temat. Ciekawe czym dla rodzin ofiar jest teraz szczęście ? Czy w ich życiu jest teraz na nie miejsce ?
Wszystko to, co nazywamy szczęściem to nasze wyimaginowane słowa, rzeczy, sytuacje. To coś, co tkwi w naszej podświadomości. Tak naprawdę wydaje mi się, że przy odrobinie umiejetności i pracy nad sobą szczęście można wyćwiczyć. Tylko czy o to chodzi ??
Kurde jak tak to czytam to wydaje mi się, że pisał to jakiś świadek jechowy, albo koleś po dwutygodniowym intensywnym szkoleniu z Amway'a :D Ale tak mnie jakoś naszło...
Ciao
Oj pozmieniało się... Pozmieniało się w cholerę. Sam nie wiem, czy na lepsze, czy wręcz przeciwnie. Czas pokaże.
Ostatnio łapię się na tym, że mijając kogoś na ulicy myślę, czy ten ktoś jest szczęśliwy. Próbuję to wywnioskować z jego twarzy, wyglądu, ubioru. I nie wiem, czy udaje mi się trafnie to rozpoznać, bo przecież nie podejdę i nie zapytam wprost, ale coraz częściej mam coś takiego. Ale przecież ludzie są na tyle sprytni i mądrzy, że potrafią się doskonale maskować, przybierać różne twarze. I często jest tak, że gdy się nie uśmiechasz, to nie znaczy że jesteś smutny, i odwrotnie. Chciałbym wiedzieć, co czują moi najbliżsi, albo osoby, które do niedawna takie były. Czy rzeczywiście uczucia, które malują się na ich twarzach są też w ich sercach ? Wątpię... Pewnie ktoś pomyśli - dlaczego nie zapytasz? A no nie wszyscy potrafią rozmawiać o uczuciach z drugim człowiekiem. I mi też jest ciężko.... Ale cóż...
A co to w ogóle jest szczęście ? Nie ma definicji, nie ma postaci. Wiemy, że coś takiego jest, ale dla każdego z nas jest to coś innego. Często też myślimy, że to jest to, niestety mylnie. I to jest chyba najgorsze... Ciekawe też czy można, chcąc być na siłę szczęśliwym, szczęście sobie stworzyć. Banalne nieco rzeczy i kwestie, banalne, ale nie oczywiste...
Po katastrofie w Smoleńsku pewnie pojawiła się masa wpisów na bloblo na ten temat. Ciekawe czym dla rodzin ofiar jest teraz szczęście ? Czy w ich życiu jest teraz na nie miejsce ?
Wszystko to, co nazywamy szczęściem to nasze wyimaginowane słowa, rzeczy, sytuacje. To coś, co tkwi w naszej podświadomości. Tak naprawdę wydaje mi się, że przy odrobinie umiejetności i pracy nad sobą szczęście można wyćwiczyć. Tylko czy o to chodzi ??
Kurde jak tak to czytam to wydaje mi się, że pisał to jakiś świadek jechowy, albo koleś po dwutygodniowym intensywnym szkoleniu z Amway'a :D Ale tak mnie jakoś naszło...
Ciao
Tagi:
lucky
Ciężko cokolwiek przewidzieć. Ciężko czegokolwiek się spodziewać. Bo czy poznając kogoś całkiem niespodziewanie można przewidzieć jaką rolę odegra w naszym życiu ?? No właśnie. A szkoda, bo zapewne niejednej osobie taka wiedza by się przydała i pozwoliła uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji. Niestety w naszym życiu nieprzyjemne sytuacje zdarzać się będą chyba do samego końca. Najgorsze jest to, że to ludzie ludziom gotują taki los. Najgorsze jest to, że miłość może przerodzić się w nienawiść, ktoś, bez kogo nie umiałeś kiedyś żyć, teraz patrzy na Ciebie ze zgorszeniem w oczach. Mimo, że kiedyś byłeś dla niego całym światem. Dlaczego ? Ot po prostu....
Widać to też na bloblo, gdzie chyba zdecydowana większość postów, to posty przesycone negatywnymi emocjami. Czy to dlatego, że polską młodzieżą coś jest nie tak ? Czy to dlatego, że teraźniejsza młodzież nie jest w stanie odpowiednio poukładać swojego życia ? Czy może dlatego, że szczęśliwe osoby nie tracą czasu na prowadzenie bloga ?
Szczęście - rzecz cholernie względna i chyba bardzo mityczna. Dla każdego szczęściem może być kompletnie co innego. I być może paradoksalnie najszczęśliwszym człowiekiem jest ten, który ma najmniej, bo cieszą go zwyczajne dla wielu rzeczy i momenty.
Ale czym szcżęście jest dla mnie ? Sam chyba nie wiem... Chciałbym przeżyć jeden dzień nie myśląc. Nie myśląc o niczym, nie zaprzątając sobie głowy, po prostu wstać, przeżyć dzień i pójść spać. I zasnąć szczęśliwym...
Smuci mnie to, smuci i chyba trochę przeraża, że dzisiaj minął kolejny dzień. Kolejny dzień, którego nie będę mógł przeżyć jeszcze raz, w którym nie będę mógł nic poprawić. I tak jak teraz myślę, że strasznie mi żal i tęskno do czasów, kiedy miałem 10-12 lat, tak być może za 20 lat zatęsknię do dnia takiego jak dzisiaj. Psychicznie, w głowie pragnę korzystać z życia, nie tracić z niego ani minuty, żyć ze świadomością, że życie mija, ale mija pięknie. Ale to tylko w mojej głowie. Nie potrafię tego użyć w praktyce. Nie wiem, nie mam opcji, co musiałbym zrobić, żeby stało się tak na prawdę.
Boję się, że kiedyś, jeśli dorobię się dzieci i wnuków, nie będę miał im czego opowiedzieć o swojej młodości. Czegoś wyjątkowego... I dopiero wtedy poczuję przeogromny żal. Na moje nieszczęście będzie to żal do samego siebie, jakby na własne życzenie... Ale cóż....
Świetna, nieco odmłodzona piosenka z jeszcze lepszym teledyskiem...
Widać to też na bloblo, gdzie chyba zdecydowana większość postów, to posty przesycone negatywnymi emocjami. Czy to dlatego, że polską młodzieżą coś jest nie tak ? Czy to dlatego, że teraźniejsza młodzież nie jest w stanie odpowiednio poukładać swojego życia ? Czy może dlatego, że szczęśliwe osoby nie tracą czasu na prowadzenie bloga ?
Szczęście - rzecz cholernie względna i chyba bardzo mityczna. Dla każdego szczęściem może być kompletnie co innego. I być może paradoksalnie najszczęśliwszym człowiekiem jest ten, który ma najmniej, bo cieszą go zwyczajne dla wielu rzeczy i momenty.
Ale czym szcżęście jest dla mnie ? Sam chyba nie wiem... Chciałbym przeżyć jeden dzień nie myśląc. Nie myśląc o niczym, nie zaprzątając sobie głowy, po prostu wstać, przeżyć dzień i pójść spać. I zasnąć szczęśliwym...
Smuci mnie to, smuci i chyba trochę przeraża, że dzisiaj minął kolejny dzień. Kolejny dzień, którego nie będę mógł przeżyć jeszcze raz, w którym nie będę mógł nic poprawić. I tak jak teraz myślę, że strasznie mi żal i tęskno do czasów, kiedy miałem 10-12 lat, tak być może za 20 lat zatęsknię do dnia takiego jak dzisiaj. Psychicznie, w głowie pragnę korzystać z życia, nie tracić z niego ani minuty, żyć ze świadomością, że życie mija, ale mija pięknie. Ale to tylko w mojej głowie. Nie potrafię tego użyć w praktyce. Nie wiem, nie mam opcji, co musiałbym zrobić, żeby stało się tak na prawdę.
Boję się, że kiedyś, jeśli dorobię się dzieci i wnuków, nie będę miał im czego opowiedzieć o swojej młodości. Czegoś wyjątkowego... I dopiero wtedy poczuję przeogromny żal. Na moje nieszczęście będzie to żal do samego siebie, jakby na własne życzenie... Ale cóż....
Świetna, nieco odmłodzona piosenka z jeszcze lepszym teledyskiem...
Tagi:
bajzel
Dzisiaj, jako że nie mogłem we właściwy dzień, byłem na grobie Dziadka. Mróz straszny, dotkliwie zimno, kawałek drogi na cmentarz mam, ale uznałem, że powinienem tam pójść... Uświadomiłem sobie, że w tym roku minie 10 lat, jak nie ma Go już z nami. Jak nie ma go fizycznie. Czas leci strasznie, niby przyzwyczajamy się do życia bez kogoś, niby życie toczy się dalej, ale w chwilach zamyślenia, zadumy, często w chwilach zwątpienia przypominamy sobie dawne czasy i osoby, z którymi te wspomnienia się wiążą. U mnie najczęściej jest to Dziadek. Dziadek, który dla swoich wnuków był w stanie zrobić wszystko, Dziadek, na któego zawsze można było liczyć, Dziadek o wyjątkowym poczuciu humoru. Zapewne Dziadek, jakich wielu na świecie, ale wyjątkowy.
Pamiętam kiedyś, jak jeszcze chodziłem do przedszkola, moja mama zajmowała się chyba domem jakichś znajomych i to Dziadek odebrał mnie z przedszkola i poszliśmy mamie zrobić niespodziankę i odwiedzić ją w miejscu jej pracy. Po drodze mijaliśmy kiosk. Na wystawie była figurka Żółwia Ninja na quadzie, o ile dobrze pamiętam. Dziadek sięgnął do kieszeni, podszedł do okienka i figurka już była moja. Doskonale wiedział, że uwielbiam tą bajkę. Dzisiaj z kompletu został mi tylko żółw, a znim wiele wspomnień.
U nas, na Śląsku popularna jest karciana gra w tysiąca. PRzy okazji urodzin, świątecznych spotkań, czy niedzielnych odwiedzin kobiety sobie plotkowały, a chopy grali w tysiąca. Pamiętam jak dziś, jak Dziadkowi przy każdym rozdaniu spadała karta. Do dziś nie wiem, czy robił to celowo z kartą, która Mu nie pasowała, czy po prostu był to czysty przypadek. I choć grali na jakieś najniższe nominały pieniędzy, to jednak każdy do gry podchodził śmiertelnie poważnie.
Innym wspomnieniem są ordery Dziadka... Przez wiele lat Dziadek był strażakiem. I nazbierał trochę orderów w swojej kolekcji. Często prosiłem Go, by pokazał mi swoją kolekcję. Z tego wspólnego oglądania udało mi się wyprosić trzy ordery, które dzisiaj są dla mnie najważniejszą oamiątką po Nim...
Często gdy o Nim myślę łza zakręci mi się w oku. Mam żal do tego, który podejmuje decyzję kto i kiedy ma stąd odejść, że tak wcześnie zaprosił do siebie najważniejszą w naszej rodzinie osobę. Żałuję, że nie było mi dane przedstawić Mu mojej dziewczyny, pochwalić się świadectwem maturalnym, czy zdanym egzaminem zawodowym. Żałuję, że nie widział, jak zdobywam z drużyną mistrzostwo miejscowej amatorskiej ligi piłkarskiej. Wiele rzeczy Go ominęło, wieloma rzeczami chciałbym się przed Nim pochwalić. I choć wiem, że ciągle przy mnie jest, to jednak nie to samo, kiedy mogłem iść do Niego, uścisnąć Mu dłoń i prosto w oczy powiedzieć czego udało mi się dokonać widząc przy tym dumny uśmiech na Jego twarzy. Zazdroszczę ludziom w moim wieku, lub nawet starszym, którzy mają to szczęście i ich Dziadek ciągle z nimi jest.
Był taki pełen życia, pełen wiary, że choroba, która go nękała w końcu odpuści, że wyjdzie ze szpitala. Niestety to chyba jedyna z Jego obietnic, której nie dotrzymał... Obiecał, że wyjdzie na parafialny odpust, że będzie z nami. Wierzę, że był. Nie mogliśmy Go widzieć. Ale On był... I jest cały czas...
Szanujcie swoich Dziadków, bo to oni dla was są w stanie zrobić wszystko. To dzięki nim wasi rodzice mogli spokojnie iść do pracy zostawiając was pod ich opieką. I pamiętajcie, że każdy z nich kiedyś zostanie wezwany do innego świata. I może zabraknąć wam jednego dnia na to, by powiedzieć im jak bardzo się ich kocha i jak wiele dla was znaczą... Każdy z nich jest wyjątkowy i jedyny. Nie pozwólcie, by kiedykolwiek przez ich głowy przebiegła myśl, że nie są potrzebni...
Pamiętam kiedyś, jak jeszcze chodziłem do przedszkola, moja mama zajmowała się chyba domem jakichś znajomych i to Dziadek odebrał mnie z przedszkola i poszliśmy mamie zrobić niespodziankę i odwiedzić ją w miejscu jej pracy. Po drodze mijaliśmy kiosk. Na wystawie była figurka Żółwia Ninja na quadzie, o ile dobrze pamiętam. Dziadek sięgnął do kieszeni, podszedł do okienka i figurka już była moja. Doskonale wiedział, że uwielbiam tą bajkę. Dzisiaj z kompletu został mi tylko żółw, a znim wiele wspomnień.
U nas, na Śląsku popularna jest karciana gra w tysiąca. PRzy okazji urodzin, świątecznych spotkań, czy niedzielnych odwiedzin kobiety sobie plotkowały, a chopy grali w tysiąca. Pamiętam jak dziś, jak Dziadkowi przy każdym rozdaniu spadała karta. Do dziś nie wiem, czy robił to celowo z kartą, która Mu nie pasowała, czy po prostu był to czysty przypadek. I choć grali na jakieś najniższe nominały pieniędzy, to jednak każdy do gry podchodził śmiertelnie poważnie.
Innym wspomnieniem są ordery Dziadka... Przez wiele lat Dziadek był strażakiem. I nazbierał trochę orderów w swojej kolekcji. Często prosiłem Go, by pokazał mi swoją kolekcję. Z tego wspólnego oglądania udało mi się wyprosić trzy ordery, które dzisiaj są dla mnie najważniejszą oamiątką po Nim...
Często gdy o Nim myślę łza zakręci mi się w oku. Mam żal do tego, który podejmuje decyzję kto i kiedy ma stąd odejść, że tak wcześnie zaprosił do siebie najważniejszą w naszej rodzinie osobę. Żałuję, że nie było mi dane przedstawić Mu mojej dziewczyny, pochwalić się świadectwem maturalnym, czy zdanym egzaminem zawodowym. Żałuję, że nie widział, jak zdobywam z drużyną mistrzostwo miejscowej amatorskiej ligi piłkarskiej. Wiele rzeczy Go ominęło, wieloma rzeczami chciałbym się przed Nim pochwalić. I choć wiem, że ciągle przy mnie jest, to jednak nie to samo, kiedy mogłem iść do Niego, uścisnąć Mu dłoń i prosto w oczy powiedzieć czego udało mi się dokonać widząc przy tym dumny uśmiech na Jego twarzy. Zazdroszczę ludziom w moim wieku, lub nawet starszym, którzy mają to szczęście i ich Dziadek ciągle z nimi jest.
Był taki pełen życia, pełen wiary, że choroba, która go nękała w końcu odpuści, że wyjdzie ze szpitala. Niestety to chyba jedyna z Jego obietnic, której nie dotrzymał... Obiecał, że wyjdzie na parafialny odpust, że będzie z nami. Wierzę, że był. Nie mogliśmy Go widzieć. Ale On był... I jest cały czas...
Szanujcie swoich Dziadków, bo to oni dla was są w stanie zrobić wszystko. To dzięki nim wasi rodzice mogli spokojnie iść do pracy zostawiając was pod ich opieką. I pamiętajcie, że każdy z nich kiedyś zostanie wezwany do innego świata. I może zabraknąć wam jednego dnia na to, by powiedzieć im jak bardzo się ich kocha i jak wiele dla was znaczą... Każdy z nich jest wyjątkowy i jedyny. Nie pozwólcie, by kiedykolwiek przez ich głowy przebiegła myśl, że nie są potrzebni...
Tagi:
...
Kolęda. Cóż to takiego ? Wejście księdza w buciorach, pocałowanie krzyża, krótka modlitwa, koperta i tyle. Chwilowe stwarzanie pozorów. I znowu na rok spokój... Dzisiaj było inaczej. Tzn wejście w buciorach było, pocałowanie krzyża też i modlitwa i koperta. Ale był też ksiądz, który, jakby to nazwać, zdziwił mnie. Pozytywnie. Nie pytał o kościół, o wiarę, o to jak się żyje, o problemy. Tylko żartował. Pełnym ciepła i spokoju głosem serwował sytuacyjne żarty. Ujęło mnie to niesamowicie. Z tego co pamiętam to ten sam ksiądz miał kazanie w któreś święto Bożego Narodzenia i też trochę do mnie trafił. Na tyle, że człowiek miał ochotę z nim pogadać, tak normalnie. O czymkolwiek. Pośmiać się, poopowiadać. Tak po człowieczemu. I jakoś tak dziwnie, bo nie był takim normalnym księdzem, nie był jednym z tych, którzy zniechęcają mnie do kościoła i księży właśnie. Był człowiekiem. Kolesiem, który wpadł z wizytą. I nawet z koperty zażartował, że ma po drodze pocztę, to postara się wysłać ten list. Oczywiście cała otoczka kolędy pozostała bez zmian. Ale również jego przygotowanie do wizyty strasznie mi się podobało. Wiedział np którą rocznicę ślubu mają moi rodzice, kiedy ten ślub był. Fajnie, po prostu fajnie. Podobało mi się i gdybym miał pewność, że tak będą wyglądały następne kolędy, to ze trzy razy w roku mogę je mieć. Ba, nawet za każdym razem moge dać kopertę.
Być może było tak, że skoro ludzie, przychodząc do kościoła, zachowują się tak, jak zachowywać się w kościele wypada, to gdy ksiądz idzie do ludzi, staje się po prostu ludzki. I tak to powinno wyglądać.
Brat - ktoś niesamowicie dla mnie ważny. Osoba, która w dzieciństwie rozbijała na mnie szybę z drzwi do naszego pokoju, dusiła poduszką, koleś, przez którego często musiałem wynosić się z naszego wspólnego pokoju, gość, który wykorzystał chyba limit błędów młodości za nas obu. Wreszcie ktoś, kogo niesamowicie kocham, dla którego jestem w stanie zrobić wiele. Na prawdę wiele. Choć jest teraz daleko, czasem rozmawiamy. Kiedy jest dobrze, jestem spokojny, gdy coś mu nie idzie, czuje to. Brat jest starszy. Pamiętam jak było mu zawsze wstyd w szkole, jak mówiłem do niego w podstawówce Brat. Potem w domu obrywałem :) Wiem, jestem pewien, że on również jest w stanie zrobić dla mnie wiele. W końcu jest moim Bratem. Jedynym. Razem się wychowywaliśmy, razem przeżywaliśmy różne rzeczy. Jesteśmy całkiem inni. Choć podobno z wyglądu podobni, to jednak dwoje różnych ludzi. Kompletnie odmiennych. Ale zawsze będę po jego stronie, a on zawsze będzie moim Bratem. I zawsze nim był...
Polecam film Brothers. Poniekąd to po nim takie jakieś przemyślenia mnie naszły. Dawno nie zdarzyło mi się wzruszyć podczas filmu. Aż do dzisiaj. I to dwa razy.... Fantastyczny, choć tragiczny, film. Serdecznie polecam...
Być może było tak, że skoro ludzie, przychodząc do kościoła, zachowują się tak, jak zachowywać się w kościele wypada, to gdy ksiądz idzie do ludzi, staje się po prostu ludzki. I tak to powinno wyglądać.
Brat - ktoś niesamowicie dla mnie ważny. Osoba, która w dzieciństwie rozbijała na mnie szybę z drzwi do naszego pokoju, dusiła poduszką, koleś, przez którego często musiałem wynosić się z naszego wspólnego pokoju, gość, który wykorzystał chyba limit błędów młodości za nas obu. Wreszcie ktoś, kogo niesamowicie kocham, dla którego jestem w stanie zrobić wiele. Na prawdę wiele. Choć jest teraz daleko, czasem rozmawiamy. Kiedy jest dobrze, jestem spokojny, gdy coś mu nie idzie, czuje to. Brat jest starszy. Pamiętam jak było mu zawsze wstyd w szkole, jak mówiłem do niego w podstawówce Brat. Potem w domu obrywałem :) Wiem, jestem pewien, że on również jest w stanie zrobić dla mnie wiele. W końcu jest moim Bratem. Jedynym. Razem się wychowywaliśmy, razem przeżywaliśmy różne rzeczy. Jesteśmy całkiem inni. Choć podobno z wyglądu podobni, to jednak dwoje różnych ludzi. Kompletnie odmiennych. Ale zawsze będę po jego stronie, a on zawsze będzie moim Bratem. I zawsze nim był...
Polecam film Brothers. Poniekąd to po nim takie jakieś przemyślenia mnie naszły. Dawno nie zdarzyło mi się wzruszyć podczas filmu. Aż do dzisiaj. I to dwa razy.... Fantastyczny, choć tragiczny, film. Serdecznie polecam...
Tagi:
Brothers kolęda
Postanowienia noworoczne ? Padło pytanie. A mi na usta ciśnie się odpowiedź Jana Nowickiego, który na podobne pytanie odpowiedział mniej więcej : życie stawia przed nami tyle wyzwań i niespodzianek, że nasze postanowienia noworoczne stają się gówno warte. I w pełni się z tym zgadzam. Oczywiście nie jest to cytat słowo w słowo, więc nie wrzucałem go w cudzysłów, ale próba przekazania myśli Pana Nowickiego. Myśli, która bardzo mi się podoba i pod którą chętnie się podpiszę. Bo faktycznie rok ma 365 dni. 365 dni podczas których wszystko może się wydarzyć. Dla wielu rok ten może trwać o wiele krócej niż 365 dni i być ostatnim rokiem. Więc po co jakiekolwiek postanowienia ? Poza tym jesli ktoś na prawdę chce cokolwiek zmienić w swoim życiu, to nie potrzeba ku temu żadnej okazji, prócz szczerej chęci zmiany i dużych pokładów silnej woli...
Dzisiejszy program Tomasz Lis Na Żywo. Trochę polityki, sprawa senatora Piesiewicza, później wywiad z Krzysztofem Ziemcem, który dochodzi do siebie po ciężkim wypadku. Można powiedzieć, że już w pełni sił, choć jeszcze czegoś brakuje. Wywiad podczas którego zostają wymienione nazwiska, takie jak Durczok, Turski i Pawłowski. Troje reporterów, którzy ciężko chorowali. Troje reporterów, którzy zwyciężyli walkę z potworną chorobą. Jednak jeden z nich zaskoczony nagłym nawrotem choroby, którą przecież już miał za sobą, umarł. Marcin Pawłowski, reporter TVNu, prezenter Faktów. Pamiętam, jak po pewnym etapie choroby, po pozornej wygranej, wrócił na antenę. Na zewnątrz wrak człowieka. Wyniszczony chemioterapią, zmęczony walką, skrajnie wychudzony. Jedynie oczy pozostały te same, niezmienione. W środku szczęśliwy człowiek, pełen nadziei na jutro, pełen sił i wiary, że zaczyna nowe życie, już nawet nie kolejny etap w swoim życiu, ale całkiem nowe, tak bardzo wywalczone i wyszarpane życie. I ludzie wierzyli razem z Nim. Byli z Nim, z całego serca kibicując Jego walce. Niestety... Nie można powiedzieć, że przegrał. Bo przecież walczył, zwyciężał i pokazywał to całemu światu. Powrót do studia Faktów również musiał być dla Niego ogromnym zwycięstwem. Niestety choroba nigdy nie gra fair. Zaskoczyła Go. I pomogła śmierci zabrać ze sobą...
Z Panami Durczokiem i Turskim sytuacja jest o tyle klarowna, że wielu ludzi już nawet nie pamięta, że byli chorzy. Tak świetnie poradzili sobie z chorobą. I być może dla nich samych jest tak lepiej. Choć pewnie często myślą o Marcinie i czują lęk, niepewność.
Wiele jest popularnych osób, których choroba nie oszczędziła. Choroba nie zna podziału, nie odróżnia płci, wieku, czy stanu majątkowego. Pamiętam doskonale Agatę Mróz. Informacja o Jej śmierci zaskoczyła mnie niesamowicie. Przecież było już tak dobrze, tak pięknie Agata uśmiechała się na zdjęciach z kliniki. Lecz teraz ktoś inny cieszy się Jej uśmiechem.
Zagraniczni bohaterowie, którzy z filmowych opresji zawsze wychodzili bez szwanku. Patrick Swayze. Przystojniak, który niejednej kobiecie złamał serce. Filmowy twardziel. Po ciężkiej chorobie nagrał serial. I odszedł.
To ludzie znani każdemu z imienia i nazwiska. Lecz ilu anonimowych dla nas pacjentów leży na oddziałach onkologii ? Ilu małych pacjentów, którzy powinni teraz beztrosko zjeżdżać na sankach z osiedlowych górek nie martwiąc się o mróz, czy przemoknięte spodnie, przez wpięty do posiniaczonej od igieł rączki wenflon zażywa kroplówkę, która ratuje im życie. U Tomasza Lisa był krótki materiał o tym dla kogo w tym roku, w najbliższą niedzielę, zagra WOŚP. Kilkunastu małych pacjentów któregoś z oddziału onkologii wypowiadało się z uśmiechem na twarzy o swojej chorobie. O tym, który raz są w szpitalu, która to już chemia i co jeszcze ich czeka. Te dzieci nie miały żalu do nikogo. One w pełni zaakceptowały los, jaki zgotowało im życie. Pełne odwagi i wiary w poprawę wkraczają do szpitalnego pokoju, pełne spokoju poddają się wielu, często bolesnym i nieprzyjemnym, badaniom. Autentycznie łza zakręciła mi się w oku słuchając ich wypowiedzi. I niestety może stać się tak, że któreś z nich w końcu odpuści i odejdzie z tego świata. O nich również powinny powstawać programy.To są prawdziwi bohaterowie. To właśnie są ikony odwagi i ludzkiej walki. Jestem pełen podziwu dla nich. To właśnie dla nich każdy powinien wrzucić do Orkiestrowej skarbonki tyle, ile tylko może. Dla nich i dla siebie, bo, nie życząc tego nikomu, być może kiedyś przyjdzie nam skorzystać z urządzeń, które WOŚP funduje...
Na koniec chwila muzycznego relaksu. Tytuł tej piosenki chyba idealnie pasuje do świata, o którym zapewne wielu z nas marzy. Świata, o którym marzą zapewne dzieci spędzające swoje "beztroskie" dzieciństwo w szpitalnych pokojach.
Utwór, który powoduje u mnie chwilę zapomnienia, ciarki na plecach i myśl, że piękny i dobry świat nie istnieje... Kawał pięknego głosu i dobre gitarowe momenty... Cudna piosenka...
Dzisiejszy program Tomasz Lis Na Żywo. Trochę polityki, sprawa senatora Piesiewicza, później wywiad z Krzysztofem Ziemcem, który dochodzi do siebie po ciężkim wypadku. Można powiedzieć, że już w pełni sił, choć jeszcze czegoś brakuje. Wywiad podczas którego zostają wymienione nazwiska, takie jak Durczok, Turski i Pawłowski. Troje reporterów, którzy ciężko chorowali. Troje reporterów, którzy zwyciężyli walkę z potworną chorobą. Jednak jeden z nich zaskoczony nagłym nawrotem choroby, którą przecież już miał za sobą, umarł. Marcin Pawłowski, reporter TVNu, prezenter Faktów. Pamiętam, jak po pewnym etapie choroby, po pozornej wygranej, wrócił na antenę. Na zewnątrz wrak człowieka. Wyniszczony chemioterapią, zmęczony walką, skrajnie wychudzony. Jedynie oczy pozostały te same, niezmienione. W środku szczęśliwy człowiek, pełen nadziei na jutro, pełen sił i wiary, że zaczyna nowe życie, już nawet nie kolejny etap w swoim życiu, ale całkiem nowe, tak bardzo wywalczone i wyszarpane życie. I ludzie wierzyli razem z Nim. Byli z Nim, z całego serca kibicując Jego walce. Niestety... Nie można powiedzieć, że przegrał. Bo przecież walczył, zwyciężał i pokazywał to całemu światu. Powrót do studia Faktów również musiał być dla Niego ogromnym zwycięstwem. Niestety choroba nigdy nie gra fair. Zaskoczyła Go. I pomogła śmierci zabrać ze sobą...
Z Panami Durczokiem i Turskim sytuacja jest o tyle klarowna, że wielu ludzi już nawet nie pamięta, że byli chorzy. Tak świetnie poradzili sobie z chorobą. I być może dla nich samych jest tak lepiej. Choć pewnie często myślą o Marcinie i czują lęk, niepewność.
Wiele jest popularnych osób, których choroba nie oszczędziła. Choroba nie zna podziału, nie odróżnia płci, wieku, czy stanu majątkowego. Pamiętam doskonale Agatę Mróz. Informacja o Jej śmierci zaskoczyła mnie niesamowicie. Przecież było już tak dobrze, tak pięknie Agata uśmiechała się na zdjęciach z kliniki. Lecz teraz ktoś inny cieszy się Jej uśmiechem.
Zagraniczni bohaterowie, którzy z filmowych opresji zawsze wychodzili bez szwanku. Patrick Swayze. Przystojniak, który niejednej kobiecie złamał serce. Filmowy twardziel. Po ciężkiej chorobie nagrał serial. I odszedł.
To ludzie znani każdemu z imienia i nazwiska. Lecz ilu anonimowych dla nas pacjentów leży na oddziałach onkologii ? Ilu małych pacjentów, którzy powinni teraz beztrosko zjeżdżać na sankach z osiedlowych górek nie martwiąc się o mróz, czy przemoknięte spodnie, przez wpięty do posiniaczonej od igieł rączki wenflon zażywa kroplówkę, która ratuje im życie. U Tomasza Lisa był krótki materiał o tym dla kogo w tym roku, w najbliższą niedzielę, zagra WOŚP. Kilkunastu małych pacjentów któregoś z oddziału onkologii wypowiadało się z uśmiechem na twarzy o swojej chorobie. O tym, który raz są w szpitalu, która to już chemia i co jeszcze ich czeka. Te dzieci nie miały żalu do nikogo. One w pełni zaakceptowały los, jaki zgotowało im życie. Pełne odwagi i wiary w poprawę wkraczają do szpitalnego pokoju, pełne spokoju poddają się wielu, często bolesnym i nieprzyjemnym, badaniom. Autentycznie łza zakręciła mi się w oku słuchając ich wypowiedzi. I niestety może stać się tak, że któreś z nich w końcu odpuści i odejdzie z tego świata. O nich również powinny powstawać programy.To są prawdziwi bohaterowie. To właśnie są ikony odwagi i ludzkiej walki. Jestem pełen podziwu dla nich. To właśnie dla nich każdy powinien wrzucić do Orkiestrowej skarbonki tyle, ile tylko może. Dla nich i dla siebie, bo, nie życząc tego nikomu, być może kiedyś przyjdzie nam skorzystać z urządzeń, które WOŚP funduje...
Na koniec chwila muzycznego relaksu. Tytuł tej piosenki chyba idealnie pasuje do świata, o którym zapewne wielu z nas marzy. Świata, o którym marzą zapewne dzieci spędzające swoje "beztroskie" dzieciństwo w szpitalnych pokojach.
Utwór, który powoduje u mnie chwilę zapomnienia, ciarki na plecach i myśl, że piękny i dobry świat nie istnieje... Kawał pięknego głosu i dobre gitarowe momenty... Cudna piosenka...
Tagi:
niesprawiedliwość
Każdy z nas gdzieś mieszka. Niektórzy już samodzielnie, niektórzy cały czas z rodzicami, jeszcze inni z dziadkami, czy ciotkami. Każdy z nas gdzieś się wychował, ma miejsce, zwane domem, z którym wiążą się mniej lub bardziej przyjemne wspomnienia i wydarzenia. Oczywiście są ludzie, którzy dom swój stracili, ale kiedyś go mieli. I są ludzie, którzy własnie teraz tracą dom, w którym nieraz się wychowywali, z którego ich dzieci wyruszyły w szeroki świat. Tracą dom, który kosztował ich często masę pracy i pieniędzy. Dlaczego go tracą ? A no dlatego, że jakiemuś gebelsowi przypomniało się, że ten dom jemu się należy.
Zalewają nas od pewnego czasu informację o sądowych wyrokach, gdzie osobom, które ładnych dziesiąt lat temu wyemigrowały z Polski, lub ich przodkowie zostali z Polski wygnani, przyznaje się prawo własności do nieruchomości. Nieruchomości, w której miasto masę lat temu umieściło już jakieś rodziny. Nieruchomości, które często od miasta zostały przez tych ludzi wykupione. A teraz sąd "oddaje" ową nieruchomość komuś, kto przez te wszystkie lata nawet nie wiedział o istnieniu takiego miejsca, kto nie dał ani grosza na remont, odnowę, czy jakiekolwiek bieżące naprawy. Ludziom zostaje odebrane miejsca, w którym się wychowywali, miejsce, które ich ukształtowało. Zosaje im odebrany ich azyl, ich kryjówka. Zostaje im odebrane "u siebie". Bo gdzie teraz będą " u siebie" ?
Tylko do kogo mieć pretensje ? Z jednej strony dlaczego miasto pozwoliło sobie na przekazanie komuś lokalu, co do którego nie miało pewnych praw i pewności, czy rzeczywiście lokal jest jego własnością. Z drugiej strony dlaczego krzyżacy, jak ja nazywam tzw. polskich niemców, są tak chciwi na kasę, że nie potrafią tego odpuścić ? Nie potrafią zaakceptować wyroku sądu, ucieszyć się z własności, ale pozwolić ludziom dalej tam mieszkać na tych samych warunkach, nic nie zmieniając w ich życiu ? Najczęściej nowy właściciel każe się im wynieść. Ale dokąd ? To już go nie obchodzi...
W niektórych wypadkach wybitnie ułomna jest instytucja prawa. Niezależnie od kraju. Wybitnie ułomna jest też ludzka moralność i sumienie. Często prawo pomaga tym złym. A człowiek tylko się cieszy nie zważając na skutki i koszty swojego sukcesu. Nie zważając na innych. Przerażające w świecie jest to, że najczęściej człowiek jest dla innego tylko niższym człowiekiem, niższą kastą, niższą sferą. Choć każdy z nas tak samo ma serce, ma tożsamość, każdy z nas ma do opowiedzenia historię zwaną życiem, to niestety często dla innych nasza historia będzie tylko skrawkiem niepotrzebnego papieru, śmieciem. Takim jak my...
Zalewają nas od pewnego czasu informację o sądowych wyrokach, gdzie osobom, które ładnych dziesiąt lat temu wyemigrowały z Polski, lub ich przodkowie zostali z Polski wygnani, przyznaje się prawo własności do nieruchomości. Nieruchomości, w której miasto masę lat temu umieściło już jakieś rodziny. Nieruchomości, które często od miasta zostały przez tych ludzi wykupione. A teraz sąd "oddaje" ową nieruchomość komuś, kto przez te wszystkie lata nawet nie wiedział o istnieniu takiego miejsca, kto nie dał ani grosza na remont, odnowę, czy jakiekolwiek bieżące naprawy. Ludziom zostaje odebrane miejsca, w którym się wychowywali, miejsce, które ich ukształtowało. Zosaje im odebrany ich azyl, ich kryjówka. Zostaje im odebrane "u siebie". Bo gdzie teraz będą " u siebie" ?
Tylko do kogo mieć pretensje ? Z jednej strony dlaczego miasto pozwoliło sobie na przekazanie komuś lokalu, co do którego nie miało pewnych praw i pewności, czy rzeczywiście lokal jest jego własnością. Z drugiej strony dlaczego krzyżacy, jak ja nazywam tzw. polskich niemców, są tak chciwi na kasę, że nie potrafią tego odpuścić ? Nie potrafią zaakceptować wyroku sądu, ucieszyć się z własności, ale pozwolić ludziom dalej tam mieszkać na tych samych warunkach, nic nie zmieniając w ich życiu ? Najczęściej nowy właściciel każe się im wynieść. Ale dokąd ? To już go nie obchodzi...
W niektórych wypadkach wybitnie ułomna jest instytucja prawa. Niezależnie od kraju. Wybitnie ułomna jest też ludzka moralność i sumienie. Często prawo pomaga tym złym. A człowiek tylko się cieszy nie zważając na skutki i koszty swojego sukcesu. Nie zważając na innych. Przerażające w świecie jest to, że najczęściej człowiek jest dla innego tylko niższym człowiekiem, niższą kastą, niższą sferą. Choć każdy z nas tak samo ma serce, ma tożsamość, każdy z nas ma do opowiedzenia historię zwaną życiem, to niestety często dla innych nasza historia będzie tylko skrawkiem niepotrzebnego papieru, śmieciem. Takim jak my...
Tagi:
nicość
Minęło. Minęły święta z poniekąd wymuszonymi dwoma wizytami w kościele. Minęły rodzinne wizyty, mniej lub bardziej szczere życzenia. Minął już prawie rok 2009. Niekoniecznie dobry, niekoniecznie lepszy od 2008. Więc na szczęście już dobiega końca.
Wracają do świąt drugiego dnia kazanie w kościele miał młody ksiądz. Opowiadał o wierze, o trwaniu w postanowieniach, o wierze w innych ludzi. Opowiadał bardzo przekonywująco. Tylko zagłębiając się w jego słowa można było dostrzec wiele aspektów czysto religijnych, nawet ślepo religijnych, niekoniecznie życiowych. I to co mnie zdecydowanie martwi w profesji księdza, a co za tym idzie w nauce kościoła, to życie w innym świecie. Świat probostw, pisma świętego i raz do roku odwiedzin kolędowych powoduje,ze ksiądz nie spojrzy na świat okiem potępionej przez siebie matki samotnie wychowującej trójkę dzieci, które mają różnych ojców, ksiądz nigdy do końca nie zrozumie młodego człowieka, u którego ojciec pił na umór, bił matkę, przepijał całą wypłatę. Nie zrozumie dlaczego ten młodziak chwycił się niekoniecznie legalnej, acz dobrze płatnej profesji. Ksiądz nie zrozumie zwolnionego z powodu kryzysu ojca, z którego wypłaty utrzymywana była cała 5 osobowa rodzina. Nie zrozumie jego żalu do świata, zachwiania jego wiary w Boga, braku modlitwy czy wizyty w kościele.
Nie zrozumie tych wszystkich sytuacji, bo dla niego wszędzie jest Bóg, do którego zawsze można się zgłosić, bo wszystko jest jego wolą. Nic nie świadczy o braku jego miłości, a tylko jest próbą dla naszej wiary. Ale co z życiem ? Z życie, które jest tutaj, z cenami, które sa w sklepach, z opłatami za mieszkanie, z żołądkami, które domagają się napełnienia. Co z uczuciami, dzieciństwem, skrzywdzoną psychiką ? No właśnie... Co...
"Ksiądz powinien być kimś w rodzaju mędrca.". Zgadzam się. Też chciałbym mieć możliwość pójścia do kogoś takiego po radę, wygadać się, usłyszeć dobre słowo. Ale nie słuchać, że Bóg mnie kocha, że taka jego wola, że mam się gorliwie pomodlić, że to pomoże. Usłyszeć ludzkie słowo. Że będzie dobrze, że dam radę, że wszystko się ułoży, że moge na niego liczyć. I nie chce wrzucać całego kleru do jednego worka, bo zapewne gdzieś są w Polsce kapłani przez duże "K", którzy naprawdę maja w swoich słowach potworną moc i potrafią dotrzeć do setek ludzi i pomóc im w najbardziej beznadziejnych sytuacjach... Ale jest ich za mało... Za mało bym uwierzył...
Zastanawiałem się w wigilię co bym zrobił, gdyby do moich drzwi zapukał jakiś potrzebujący. I doszedłem do wniosku, że zaprosiłbym go na wigilijną wieczerzę. Sprawa mogła by być trudniejsza, jeśli tym potrzebującym okazał by się obrzydliwie śmierdzący i brudny bezdomny. Wtedy na pewno podzieliłbym się z nim jedzeniem, ale ogromny przypływ braterskiej miłości musiałby spowodować udostępnienie mu łazienki i późniejszą wspólną kolację. Chociaż nigdy nie wiadomo...
A co jeśli ktoś taki zapukałby na probostwo ? Można tylko gdybać...
Wracają do świąt drugiego dnia kazanie w kościele miał młody ksiądz. Opowiadał o wierze, o trwaniu w postanowieniach, o wierze w innych ludzi. Opowiadał bardzo przekonywująco. Tylko zagłębiając się w jego słowa można było dostrzec wiele aspektów czysto religijnych, nawet ślepo religijnych, niekoniecznie życiowych. I to co mnie zdecydowanie martwi w profesji księdza, a co za tym idzie w nauce kościoła, to życie w innym świecie. Świat probostw, pisma świętego i raz do roku odwiedzin kolędowych powoduje,ze ksiądz nie spojrzy na świat okiem potępionej przez siebie matki samotnie wychowującej trójkę dzieci, które mają różnych ojców, ksiądz nigdy do końca nie zrozumie młodego człowieka, u którego ojciec pił na umór, bił matkę, przepijał całą wypłatę. Nie zrozumie dlaczego ten młodziak chwycił się niekoniecznie legalnej, acz dobrze płatnej profesji. Ksiądz nie zrozumie zwolnionego z powodu kryzysu ojca, z którego wypłaty utrzymywana była cała 5 osobowa rodzina. Nie zrozumie jego żalu do świata, zachwiania jego wiary w Boga, braku modlitwy czy wizyty w kościele.
Nie zrozumie tych wszystkich sytuacji, bo dla niego wszędzie jest Bóg, do którego zawsze można się zgłosić, bo wszystko jest jego wolą. Nic nie świadczy o braku jego miłości, a tylko jest próbą dla naszej wiary. Ale co z życiem ? Z życie, które jest tutaj, z cenami, które sa w sklepach, z opłatami za mieszkanie, z żołądkami, które domagają się napełnienia. Co z uczuciami, dzieciństwem, skrzywdzoną psychiką ? No właśnie... Co...
"Ksiądz powinien być kimś w rodzaju mędrca.". Zgadzam się. Też chciałbym mieć możliwość pójścia do kogoś takiego po radę, wygadać się, usłyszeć dobre słowo. Ale nie słuchać, że Bóg mnie kocha, że taka jego wola, że mam się gorliwie pomodlić, że to pomoże. Usłyszeć ludzkie słowo. Że będzie dobrze, że dam radę, że wszystko się ułoży, że moge na niego liczyć. I nie chce wrzucać całego kleru do jednego worka, bo zapewne gdzieś są w Polsce kapłani przez duże "K", którzy naprawdę maja w swoich słowach potworną moc i potrafią dotrzeć do setek ludzi i pomóc im w najbardziej beznadziejnych sytuacjach... Ale jest ich za mało... Za mało bym uwierzył...
Zastanawiałem się w wigilię co bym zrobił, gdyby do moich drzwi zapukał jakiś potrzebujący. I doszedłem do wniosku, że zaprosiłbym go na wigilijną wieczerzę. Sprawa mogła by być trudniejsza, jeśli tym potrzebującym okazał by się obrzydliwie śmierdzący i brudny bezdomny. Wtedy na pewno podzieliłbym się z nim jedzeniem, ale ogromny przypływ braterskiej miłości musiałby spowodować udostępnienie mu łazienki i późniejszą wspólną kolację. Chociaż nigdy nie wiadomo...
A co jeśli ktoś taki zapukałby na probostwo ? Można tylko gdybać...
Tagi:
ałuciumu
Dzisiaj, po dość długim czasie, poszedłem do spowiedzi. Nie wiem, coś mnie tknęło... Święta, chęć poprawy, może chęć jakiegoś oczyszczenia. Poszedłem. I po co ? Może psychicznie coś tam się wydarzyło. Ale regułka wypowiadana w konfesjonale jest ta sama od pierwszej komunii, grzechy - hm... Nikogo nie zabiłem, nic nie ukradłem, nikogo nie zdradziłem, nie zgwałciłem. Więc ? Zjadłem kiełbasę w piątek ? Nie poszedłem do kościoła ? No właśnie... Tak samo zachowanie księdza... Wysłuchał, wygłosił swoją regułkę i odpukał. Ot cała spowiedź... Więc po co to wszystko ?
Według mnie w całym tym smiesznym zamieszaniu chodzi o to, by ludzie uświadomili sobie co robią źle, co należy w sobie poprawić, by być jeszcze lepszym dla innych. Ale czy do tego potrzebne jest wyczekiwanie w nieraz kosmicznych kolejkach, często wysłuchiwanie jakim jest się ułomnym człowiekiem. Czy do tego potrzebne jest zwierzanie się obcemu facetowi ? W zupełności wystarczyło by pomilczenie chwilę w samotności w domowym zaciszu, przemyślenie pewnych spraw i mocne postanowienie poprawy, takie z prawdziwego zdarzenia....
Mieszkam nadal z rodzicami i poniekąd też z tego powodu istnieje u mnie coś takiego jak spowiedź, czy msza, przynajmniej w święta, bo ostatnio tylko wtedy zaglądam do kościoła, kiedy jest jakiś ślub, pogrzeb, chrzest, Wielkanoc, czy Boże Narodzenie. Bo wypada... Poza tym już nieraz wypowiadałem swoje zdanie na temat kościoła i księży...
Po dzisiejszej wizycie w kościele śmiem stwierdzić, że kościół znacznie traci na swoim autorytecie. Sądziłem, że na dwa dni przed Wigilią czeka mnie przynajmniej godzinka stania w kolejce. A tu przy każdym konfesjonale ledwie po kilka osób. Czyżby ludzie w końcu przejrzeli na oczy i zaczęli myśleć własnym rozumem ? Mieć własne zdanie ? Mam nadzieję, że tak. Mam nadzieję, że każdy Boga będzie miał w sercu i zauważy jak wiele złego jest w wielu "prawdach" głoszonych przez tak samo ludzkich i ułomnych jak my wszyscy księży.
Przed nami najbardziej komercyjny, marketingowy i sztuczny fragment roku - święta. Święta, na które wydanych zostanie masa pieniędzy, podczas których wielu przywdzieje pokorne i grzeczne maski. W końcu święta, które miną i które przyjdą znowu za rok przynosząc te same problemy, życzenia i pogodę co w tym roku...
Według mnie w całym tym smiesznym zamieszaniu chodzi o to, by ludzie uświadomili sobie co robią źle, co należy w sobie poprawić, by być jeszcze lepszym dla innych. Ale czy do tego potrzebne jest wyczekiwanie w nieraz kosmicznych kolejkach, często wysłuchiwanie jakim jest się ułomnym człowiekiem. Czy do tego potrzebne jest zwierzanie się obcemu facetowi ? W zupełności wystarczyło by pomilczenie chwilę w samotności w domowym zaciszu, przemyślenie pewnych spraw i mocne postanowienie poprawy, takie z prawdziwego zdarzenia....
Mieszkam nadal z rodzicami i poniekąd też z tego powodu istnieje u mnie coś takiego jak spowiedź, czy msza, przynajmniej w święta, bo ostatnio tylko wtedy zaglądam do kościoła, kiedy jest jakiś ślub, pogrzeb, chrzest, Wielkanoc, czy Boże Narodzenie. Bo wypada... Poza tym już nieraz wypowiadałem swoje zdanie na temat kościoła i księży...
Po dzisiejszej wizycie w kościele śmiem stwierdzić, że kościół znacznie traci na swoim autorytecie. Sądziłem, że na dwa dni przed Wigilią czeka mnie przynajmniej godzinka stania w kolejce. A tu przy każdym konfesjonale ledwie po kilka osób. Czyżby ludzie w końcu przejrzeli na oczy i zaczęli myśleć własnym rozumem ? Mieć własne zdanie ? Mam nadzieję, że tak. Mam nadzieję, że każdy Boga będzie miał w sercu i zauważy jak wiele złego jest w wielu "prawdach" głoszonych przez tak samo ludzkich i ułomnych jak my wszyscy księży.
Przed nami najbardziej komercyjny, marketingowy i sztuczny fragment roku - święta. Święta, na które wydanych zostanie masa pieniędzy, podczas których wielu przywdzieje pokorne i grzeczne maski. W końcu święta, które miną i które przyjdą znowu za rok przynosząc te same problemy, życzenia i pogodę co w tym roku...
Tagi:
kristmas :P
Dzisiaj tak trochę bardziej nastrojowo... Proponuję wsłuchać się w tekst piosenki, ewentualnie odszukać gdzieś tłumaczenie... To takie moje uczucia dzisiaj...
Wielki Elton John w towarzystwie zespołu Blue..
Bardzo chciałem wrzucić tutaj teledysk do tego utworu, niestety żaden ludzi zamieszczających teledysk na you tube nie wyraził na to zgody.. Więc dlatego taka wersja...
Wielki Elton John w towarzystwie zespołu Blue..
Bardzo chciałem wrzucić tutaj teledysk do tego utworu, niestety żaden ludzi zamieszczających teledysk na you tube nie wyraził na to zgody.. Więc dlatego taka wersja...
Tagi:
uczucia
Dla wszystkich, którzy do teraz zachwycają się fantastyczną walką Pudzianowski - Najman kawałek prawdziwego MMA i jego amerykańskiej wersji UFC z udziałem Polaka.
Najpierw the best of Mamed Khalidov...
a teraz Tomasz Drwal, który stwierdził, że "walka stulecia" Pudzianowski - Najman to jedna wielka szopka... Polski reprezentant w UFC. Polecam obejrzeć do końca...
Najpierw the best of Mamed Khalidov...
a teraz Tomasz Drwal, który stwierdził, że "walka stulecia" Pudzianowski - Najman to jedna wielka szopka... Polski reprezentant w UFC. Polecam obejrzeć do końca...
Tagi:
MMA UFC
" Pamiętam podwórko i szkołę
Pierwsze wyprawy po dobro i zło...!"
Kiepska Gra - to z tego utworu pochodzi cytat, który bardzo mi się podoba... Chyba każdy ma, lub miał wspomnienia z dzieciństwa. Chyba każdy z chęcią wróciłby do tego, co kiedyś było codziennością i co było normalne. Nadziałem się ostatnio na zdjęcie piaskownicy, a pod nim podpis " Kiedy ostatni raz z niech wychodziłeś nie wiedziałeś, że już nigdy tu nie wrócisz". Fajny tekst. Tak było. Kiedyś byliśmy ostatni raz w piaskownicy, kiedyś ostatni raz graliśmy na boisku, którego już nie ma, kiedyś ostatni raz bawiliśmy się w " ziemia parzy " na trzepaku, kiedyś ostatni raz poszliśmy z kumplami do osiedlowego sklepiku na oranżadę na miejscu, bez kaucji za butelkę... Wszystko kiedyś robiliśmy ostatni raz. Niestety. Wielu ma też bardziej smutne wspomnienia, gdy z kimś rozmawiali po raz ostatni, gdy, nie wiedząc o tym, widzieli kogoś po raz ostatni. Życie chyba dla nikogo nie jest łatwe. Ważne, żeby sprawiać, by było łatwiejsze.
Najgorsze jest to, że za jakieś 40 lat pomyślę to samo, o ile jeszcze bede chodził po tym świecie, o czym myślę teraz. Czyli jak fajnie było 40 lat temu, jak się siedziało na komputerze, spokojnie klikało w klawiaturę, jak fajnie było, jak miało się bloga i na gg można było z kimś pogadać, jak fajnie było wyjść rano podbiegać trochę dla zdrowia, albo w niedziele pokopać w piłkę z kumplami. Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać...
Korzystajmy z życia, choć czasem nie jest to łatwe. Doceńmy to co mamy i postępujmy tak, by mieć to co chcemy, ale nie za wszelką cenę...Pamiętajmy, że prócz nas są jeszcze inni ludzie, którzy również mają uczucia...
Dziś tak na prawdę o niczym konkretnym... Chyba bardziej chodziło mi o wstawienie notki innej niż notka o eminemie, która to tematyka jednego autora (autorki zalała doszczętnie stronę główną bloblo... I nie ma jak sie tego pozbyć... Ale udało się... Autor/ka znalazła się w zaszczytnym gronie najaktywniejszych bloblowiczów... Żal...
Pierwsze wyprawy po dobro i zło...!"
Kiepska Gra - to z tego utworu pochodzi cytat, który bardzo mi się podoba... Chyba każdy ma, lub miał wspomnienia z dzieciństwa. Chyba każdy z chęcią wróciłby do tego, co kiedyś było codziennością i co było normalne. Nadziałem się ostatnio na zdjęcie piaskownicy, a pod nim podpis " Kiedy ostatni raz z niech wychodziłeś nie wiedziałeś, że już nigdy tu nie wrócisz". Fajny tekst. Tak było. Kiedyś byliśmy ostatni raz w piaskownicy, kiedyś ostatni raz graliśmy na boisku, którego już nie ma, kiedyś ostatni raz bawiliśmy się w " ziemia parzy " na trzepaku, kiedyś ostatni raz poszliśmy z kumplami do osiedlowego sklepiku na oranżadę na miejscu, bez kaucji za butelkę... Wszystko kiedyś robiliśmy ostatni raz. Niestety. Wielu ma też bardziej smutne wspomnienia, gdy z kimś rozmawiali po raz ostatni, gdy, nie wiedząc o tym, widzieli kogoś po raz ostatni. Życie chyba dla nikogo nie jest łatwe. Ważne, żeby sprawiać, by było łatwiejsze.
Najgorsze jest to, że za jakieś 40 lat pomyślę to samo, o ile jeszcze bede chodził po tym świecie, o czym myślę teraz. Czyli jak fajnie było 40 lat temu, jak się siedziało na komputerze, spokojnie klikało w klawiaturę, jak fajnie było, jak miało się bloga i na gg można było z kimś pogadać, jak fajnie było wyjść rano podbiegać trochę dla zdrowia, albo w niedziele pokopać w piłkę z kumplami. Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać...
Korzystajmy z życia, choć czasem nie jest to łatwe. Doceńmy to co mamy i postępujmy tak, by mieć to co chcemy, ale nie za wszelką cenę...Pamiętajmy, że prócz nas są jeszcze inni ludzie, którzy również mają uczucia...
Dziś tak na prawdę o niczym konkretnym... Chyba bardziej chodziło mi o wstawienie notki innej niż notka o eminemie, która to tematyka jednego autora (autorki zalała doszczętnie stronę główną bloblo... I nie ma jak sie tego pozbyć... Ale udało się... Autor/ka znalazła się w zaszczytnym gronie najaktywniejszych bloblowiczów... Żal...
Tagi:
nafing speszal


